Co zmieniła wygrana węgierskiej opozycji?

brown concrete building near body of water during night time Photo by Nikolett Emmert on Pexels.com

Nie płakałem po Orbanie, to oczywista oczywistość. Jednak widząc te eksplozje radości liberalnych kręgów z powodu zwycięstwa partii TISZA, warto uświadomić sobie, że prawak zastąpił prawaka, eks-fideszowiec fideszowca i poza pewnymi zmianami w polityce zagranicznej nie liczyłbym na wielkie przełomy. Rozczarowanie może przyjść równie szybko, jak w Polsce. A zwycięstwo i w związku z tym nadzieje są jeszcze większe niż u nas w 2023 roku, więc i „dołek” może być potem głębszy.

Plusy tej zmiany znacie, bo rozpisują się o niej dzisiaj różne media. Ale warto przypomnieć, że władzę obejmuje teraz środowisko konserwatywno-liberalne. Również strukturalna półperyferyjna pozycja Węgier szybko się nie zmieni. Także stosunek do praw człowieka, a zwłaszcza migrantów będzie równie ostry, jeśli nie ostrzejszy niż ten orbanowski.

Przypadek Węgier zresztą jest kolejnym dowodem na to, jak prawica żongluje kwestiami migracyjnymi, twierdząc, że realizuje także „postulaty pracownicze” ograniczając napływ „obcej” siły roboczej. Za Orbana zresztą nadal ten napływ istniał. W tym byli podobni do PiS, który głośno krzyczał o migracjach, a po cichu ściągał pracowników do swoich montowni, za co ostro krytykował go zresztą Péter Magyar, lider TISZA. Jednocześnie jednak Węgry borykają się z niedoborem siły roboczej. Co w związku z tym robi prawica? Zwiększa siłę przetargową pracowników? Nie. Dokręca im śrubę.

Dziś już pewnie większość nie pamięta o protestach świata pracy, które mocno wstrząsały Węgrami po wprowadzeniu tzw. „ustawy niewolniczej”, która zwiększyła roczny limit dopuszczalnych godzin nadliczbowych, wprowadzając niemal sześciodniowy tydzień pracy. Ustawa pozwalała także zatrudniającym na rozliczanie i wypłacanie wynagrodzenia za te nadgodziny (lub odbieranie ich w postaci dni wolnych) w okresie aż do trzech lat. W warunkach inflacji i rotacji na rynku pracy oznaczało to faktyczne darmowe kredytowanie wielkich firm przez najgorzej zarabiających robotników. Jeśli pracownik zwolniłby się przed upływem trzech lat, odzyskanie tych pieniędzy stawało się bardzo trudne. Z punktu widzenia pracowniczego, była to tragiczna zmiana.

Dodajmy, że „patrioci” i Prawdziwi Węgrzy z Fidesz wprowadzili to pod dyktando głównie niemieckich producentów samochodów. Strukturalnie oprócz rosyjskich nośników energii, o których sporo się mówi, Węgry są uzależnione gospodarczo właśnie od niemieckiej branży motoryzacyjnej. Tak wygląda w praktyce ta słynna „suwerennościowa polityka gospodarcza”, o której mogliśmy czytać w polskich mediach prawicowych.

I teraz nic nie wskazuje na to, że TISZA to zmieni. Uważam, że poza zbliżeniem się z instytucjami unijnymi i odmrożeniem funduszy oraz pewnego rozluźnienia relacji z Rosją, reszta pozostanie z grubsza bez dużych zmian, bo to wymagałoby przemyślenia właśnie swojej pozycji w strukturze. Nie sądzę, że politycy z chowu orbanowskiego są do tego zdolni, ale czas pokaże. Spodziewam się dalszej nagonki na migrantów, którzy „zabierają pracę”, żeby odwrócić uwagę od dalszego dokręcania śruby pracownikom „autochtonicznym”. To jest właściwie ABC prawicowej polityki obecnie na całym świecie.

Czytam też już „wnioski dla Polski”, które snują publicyści i „stratedzy” libkowi. Otóż rozwijana będzie koncepcja budowy jednej, silnej partii (czytaj: KO), która ma wchłonąć mniejsze podmioty. Nie w formie nawet koalicji, ale po prostu będzie zaganianie do zagrody resztek pozostałych partii. Wątpliwe oczywiście czy to przyniesie taki skutek jak w przypadku Węgier. Z prostej przyczyny. TISZA wygrała, bo jeszcze nie rządziła i działał „efekt świeżości”. Tymczasem KO rządzi i odpowiada za to, co się dzieje. Warto przypomnieć, że Orban został obalony nie z powodu korupcji, o której wiadomo od lat, ale z przyczyn gospodarczych. Nie poradził sobie m.in. z inflacją, a gospodarka po pandemii nie ruszyła odpowiednio dynamicznie z miejsca. Tak więc to marazm gospodarczy obalił faktycznie Fidesz. Reszta polegała na tym, żeby tej koniunktury nie zaprzepaścić (a jak wiemy, akurat KO jest w tym mistrzynią).

Dodatkowo ja bym raczej skupił się na drugim powodzie upadku Orbana, czyli zapaści usług publicznych, w tym zwłaszcza ochrony zdrowia. Coś nam to mówi? Mamy obecnie rozwijającą się zapaść w Polsce i to w oczywisty sposób uderza w obecną koalicję i uderzałaby nawet gdyby rządziłaby lepiej, niż rządzi. I nie ma widoków, żeby nasi liberalni konserwatyści w rządzie sobie z tym radzili lepiej niż Orban. Dochodzi do tego trumpowska, wojenna inflacja i mamy sytuację, która może obalić każdy rząd.

Tak więc na podstawie tego węgierskiego zwycięstwa nie rysują się żadne pozytywne widoki dla obecnej koalicji rządowej, choć ewidentnie próbuje się ogrzać przy tym sukcesie „bratanków z południa”. Zamiast przeżywać nie swoje sukcesy, lepiej niech zajmą się narastającymi kryzysami w kraju.

Xavier Woliński