Kiedy „pracodawca” zmienia się w „zatrudniającego”

Od jakiegoś czasu zauważam zalążki pozytywnego trendu. Coraz częściej w mediach zamiast „pracodawca”, pojawia się sformułowanie „zatrudniający”. I to głównie na razie w prasie gospodarczo-prawnej.

„Pracodawca” to jedno z najbardziej fałszujących rzeczywistość pojęć, o zabarwieniu stricte ideologicznym. „Pure ideology”, jakby to powiedział słoweński brodacz. Pracodawca oczywiście nie „daje żadnej pracy”, tylko ją bierze. A zajęcia i zatrudniającemu i pracownikom dostarczają klienci. Zatrudniający jest tu tylko swego rodzaju pośrednikiem. Pracodawca zaś brzmi jak „łaskawca” i tak też często jest traktowany. Zwłaszcza przez pokolenie, które przeżyło czasy transformacji i wysokiego bezrobocia (to słowo też jest w pewnym stopniu ideologicznie nacechowane, ale o tym kiedy indziej).

Mamy się kłaniać w pas, całować po rączkach, padać do nóżek, bo pan daje „pracę”, a mógłby przecież zachować całą dla siebie, prawda? Sam by obsłużył klientów, przygotował strategię, stworzyłby system informatyczny w firmie, stał przy maszynie i rozwiózł towar. Oczywistość!

Ten absurd bierze się z naiwnej, wyznawanej przez pop-liberalne środowiska wizji gospodarki. Funkcjonują w niej wyłącznie firmy na poziomie co najwyżej osiedlowego warzywniaka, w którym właściciel przywozi towar z hurtowni i potem staje za ladą. Na tym anachronicznym micie domorosłe elity potrafią budować całe koncepcje ekonomiczne i moralizatorskie tyrady. W czasach globalnych łańcuchów dostaw, bezosobowych funduszy inwestycyjnych i skrajnej specjalizacji, to założenie jest błędne już na poziomie podstaw. Ale kto by się tym przejmował, skoro mit „przedsiębiorcy-zbawcy” tak dobrze służy utrzymywaniu status quo?

No więc pojęcie „pracodawcy” jest wykwitem tej potężnej myśli filozoficznej. Sama zmiana pojęcia nic jeszcze nie zmieni, choć warto ją promować. Ale jeśli coraz częściej spontanicznie pojawia się w wypowiedziach i tekstach autorów spoza naszej bańki, to znaczy, że przemiana zachodzi szerzej i dotyka czegoś więcej niż jedno pojęcie. Być może to efekt wejścia na rynek młodszych pokoleń traktujących pracę po prostu transakcyjnie, a może powolnego odczarowywania mitów transformacji.

Tak czy owak, liczę na to, że może wreszcie pęka hegemonia języka, który przez dekady uczył nas, gdzie jest nasze miejsce w szeregu.

Może wraz z tymi zmianami doczekam się w końcu popularnej „Ludowej historii transformacji”. Mówią mi niektórzy, że muszą najpierw odejść bezpośredni beneficjenci wśród elit, ale może doczekam się wcześniej.

Xavier Woliński