Lewactwo rządzi światem

Ostatnio czytam rozmaite teksty o tym, jak kogoś wręcz „osacza lewactwo”, jak każe mu myśleć, czy robić coś tam, jak mu czego innego zakazuje, no i nade wszystko, jak lewactwo robi wszystko źle, bo on uważa, że taka potęga najwidoczniej, jaką jest obecnie lewica, powinna być wykorzystana w innym celu, który on akurat uważa za najlepszy. Najlepiej, żeby to był taki socjalkonserwatyzm.

Może więc zacznijmy od tego, że w Polsce, w której totalną, niezaprzeczalną, hegemonię sprawuje prawica wszelkich odcieni, trzeba mieć wiele szczęścia, żeby w ogóle natknąć się na osobę z lewicy. Najprawdopodobniej osoba, która wygłasza tego rodzaju opinie, zna nie tych lewicowców, którzy „robią w terenie”, w związkach zawodowych, czy organizacjach lokatorskich, albo próbują dźwignąć spółdzielczość, ale tych lewicowców, którzy próbują uprawiać lewicowość w akademii, czy w mediach. Wskazuje to na fakt, że sam raczej należy lub aspiruje do elity, skoro nie zna lewaków „terenowych”. Albo jest prawicowcem i jedyny kontakt z lewicą ma poprzez teksty w mediach, które sam uzna za lewicowe, a są zazwyczaj neoliberalne, czyli konserwatywne w stylu Thatcher i Reagana.

Innymi słowy, przyjmuje prawicową opowieść o lewicy, jako swoją i wykorzystuje ją do krytyki lewicowców, z którymi najczęściej nie ma do czynienia, poza tymi ze swojego środowiska akademickiego, kulturalnego lub medialnego. Toczy więc płomienne debaty nie z lewicowcami w ogóle, ale ze swoją elitarną bańką w jakimś niszowym piśmie czytanym przez w porywach kilkuset innych elitarnych intelektualistów o tym, jak powinno się robić lewicę. Tylko po to, żeby jej i tak nie robić, bo od robienia są jacyś inni, a my jesteśmy od „tworzenia kolejnej genialnej strategii dla lewicy”. Chodzi o pomstowanie dla pomstowania, żeby poczuć się „na tle” lepiej.

Do tego dochodzi poddanie się w tej pozornie „realistycznej” krytyce lewicy hegemonii amerykańskiej prawicy, która stworzyła te wszystkie opowieści o „sojalatte” lewakach. Może w amerykańskim kontekście taka krytyka ma więcej sensu, nie wiem, ale w Polsce?

Od lat czytam te rozmaite krytyki lewactwa, ale poza krytyką nic praktycznego z tego nie wynika. A jako człowiek praktyczny wymagam, żeby mi ktoś udowodnił „w terenie”, że dana strategia w ogóle działa. Ale najwidoczniej nie działa, bo nic z tej krytyki się nie wyłoniło w realu. W ten sposób traktuję to, co najwyżej jako intelektualne ćwiczenie, które czasem można sobie poczytać, ale do niczego nie prowadzi. Poza dalszym utrwalaniem hegemonii prawicowej, bo skoro sami lewicowcy uważają, że inni lewicowcy to „sojalewaki”, to widocznie prawica ma rację. A skoro prawica ma rację, to po co w ogóle robić lewicowe rzeczy? Błędne koło. Niektórym się wydaje, że jak zdobędą parę tysięcy polubień na portalu Muska, to oznacza, że „lud popiera”. Tyle że na X żadnego ludu nie ma. Połowa to boty, a połowa to prawicowi mobilizatorzy.

Tak więc trochę mnie to już znudziło, bo ludzi do roboty w terenie od tego gadania nie przybyło. Za to rosną sami generałowie i marszałkowie nieistniejących armii oraz przenikliwi krytycy lewicy w zdominowanej przez prawicę rzeczywistości. Też mi sztuka. Wystartujcie z łapami do silniejszych może najpierw. Na przykład spróbujcie naruszyć interesy którejś z obu sekt prawicowych rządzących obecnie mediami w Polsce. Zobaczymy, jak szybko znikniecie z obiegu.

Xavier Woliński