Część osób uważa, że mój wczorajszy tekst o sytuacji w mediach (i sytuacji białych kołnierzyków) mógł być odebrany jako krytyka także szeregowych dziennikarzy, a przecież to ich w pierwszej kolejności zwalniają, a zostają gwiazdy, które miętolą ten sam tekst pochwalny ku chwale kapitału i neoliberalizmu.
To wszystko prawda. Zazwyczaj zwalniają w pierwszej kolejności szeregowców, ewentualnie podoficerów, ale po to, żeby za chwilę zatrudnić nowych, najczęściej na gorszych warunkach niż poprzedników. Tak mielą młyny kapitalizmu.
Oczywiście z każdą taką zmianą, następuje pewne, czasem mniej, czasem bardziej, pogorszenie jakości. Ale dopóki się spina w kwartalnym czy rocznym sprawozdaniu, gdzie można wykazać oszczędności i wzrost, to kogo to obchodzi?
Nie jest jednak tak, że ta maszyna może sobie poradzić bez tych szeregowców i podoficerów. To właśnie na nich w ogóle jeszcze funkcjonuje. Wszędzie, ale w branży medialnej szczególnie. Bez pracy np. reporterów, którzy biegają fizycznie „po ulicy”, albo dziennikarzy śledczych, którzy wyniuchają jakiś przekręt i których nie da się zastąpić LLM-ami, gwiazdy dziennikarstwa nie tylko nie miałyby czego komentować, ale nikt by nie kupował egzemplarza, czy dostępu za paywalla do danego medium. Zwłaszcza w czasach, kiedy można sobie takie mało odkrywcze i powtarzalne paplanie wygenerować samodzielnie w czacie, albo poczytać za darmo na social mediach.
To, o co chodziło w tym tekście, to raczej ostrzeżenie dla tych, którzy w tym młynie jeszcze funkcjonują, żeby nie byli już tak naiwni, jak poprzednie pokolenia. Korpo was wyciśnie, a potem wypluje. Świadomość tego, to coś, co się kiedyś nazywało „świadomością klasową”, czyli świadomością swojej pozycji w ramach tej piramidy. A wraz z tą świadomością, powinna przyjść chęć, a nawet konieczność sabotowania tejże konstrukcji.
Jak to zrobić? Ano częściej próbować przepchnąć materiał, tekst, lub nawet choćby jeden akapit, jedno zdanie, które może zasiać wątpliwość czytelnika i czytelniczki we wspaniałość tego systemu. Można zaprosić gościa, który to zrobi nawet sprawniej, np. zamiast kolejnego bałchwochwalczego „eksperta” z banku czy korpo, można zapytać związkowca, aktywistkę, działacza, zwłaszcza z prowincji, albo krytycznego naukowca, albo kogoś, kto ma coś do powiedzenia więcej niż powtarzanie tych samych sloganów, które tak przypadkiem tylko uzasadniają jego pozycję w tym młynie i to, że jemu zapraszanie na łamy należy się w zasadzie z urodzenia. Nie robiąc takich wyłomów obracamy się wśród tych samych kilku nazwisk, głównie z Warszawy, które objaśniają nam świat.
To jest mały sabotaż, ale stosowany systematycznie np. przez całe pokolenie dziennikarzy i dziennikarek może wreszcie poskutkować jakąś zmianą.
Czy to naiwne? Pewnie tak. Ale może ktoś to powinien napisać mimo wszystko.
Xavier Woliński