Nowa doktryna podziału świata

colored countries on a map Photo by Nataliya Vaitkevich on Pexels.com

Trump najwyraźniej się rozochocił po porwaniu prezydenta Wenezueli, bo już zaczął grozić innym krajom. Uznał przykładowo, że „coś trzeba będzie zrobić z Meksykiem”, chce też „porozmawiać o Kubie”, groził też prezydentowi Kolumbii. Oraz powrócił do tematu Grenlandii, której USA „absolutnie potrzebują”. Nie wiem czy oznaczać będzie to jedynie okupację stolicy Nuuk, czy porwą też premiera Grenlandii, a może nawet Danii (bazę wojskową już tam mają).

Najwyraźniej Trump uznał, że ma nieograniczone prawo do porywania i podporządkowywania komu się podoba. Zaraz po uprowadzeniu prezydenta Wenezueli, Trump ogłosił, że „doktryna Monroe to wielka rzecz. Ale my znacznie ją przewyższyliśmy. Teraz nazywają to Doktryną Donroe. […] Amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana. Czyli, Trump jawnie już nie tylko ogłosił, że USA dają sobie prawo do dowolnej interwencji na półkuli zachodniej, ale zaczyna wdrażać to w praktyce. Nie jest to nic nowego w polityce USA, choć różnicą jest natężenie – teraz USA wygraża wielu krajom jednocześnie, w tym także pośrednio Unii Europejskiej (warto zauważyć, że pierwotna doktryna Monroe była właśnie skierowana przeciwko Europie).

A więc nie sam fakt, że USA pozwalają sobie na to, na co mają ochotę w stosunkach międzynarodowych, bo to nigdy się nie skończyło, ale właśnie skala zapowiadanych interwencji. Tutaj, moim zdaniem, przy okazji ujawnia się głupota strategiczna Trumpa i jego ekipy handlarzy. Gdyby skończyło się na jednym kraju, po okresie zamieszania i oburzenia, większość by się z tym pogodziła. Ale fakt, że grozi jednocześnie wielu krajom i to z wielu kontynentów, w tym kilku relatywnie silnym, zapewne spowoduje jakąś formę koordynacji przeciwko agresywnej polityce USA.

Już teraz prezydent Kolumbii wzywał do zacieśnienia współpracy, także militarnej, pomiędzy krajami Ameryki Łacińskiej. Nie dlatego, że szczególnie obchodzi go los prezydenta Wenezueli, czy samej Wenezueli, ale dlatego, że wszystkie kraje mają prawo czuć się zagrożone i jednocześnie żaden nie jest w stanie przeciwstawić się w pojedynkę. Dopóki Trump tylko gadał, można było łudzić się, że to tylko straszenie. Teraz groźba została poparta działaniami i zapowiedzią kolejnych interwencji.

W tym kontekście mamy jeszcze właśnie Europę, której interesy są na wielu poziomach podważane przez USA (choćby jawna zapowiedź neutralizacji krajów europejskich jako istotnej siły politycznej i ekonomicznej, w tym doprowadzenie do rozpadu Unii Europejskiej). Tak więc pozornie to wszystko dotyczy tylko Ameryk, ale poprzez Grenlandię i związaną z Europą Kanadę to jest także narastający konflikt dotyczący naszego kontynentu.

Za tym wszystkim czai się niejasny jeszcze deal z Chinami (oraz ich rosyjskim „przedstawicielstwem na Europę”) podziału stref wpływów. Nie wiadomo, czy rozstrzygnięcie nastąpi przy stołach negocjacyjnych, czy na polach bitew w różnych „wojnach zastępczych”. Jeśli ktoś w Polsce sądzi, że nie zostanie w ten nowy konflikt światowy wciągnięty, ten się bardzo myli. Nasze elity polityczne nie potrafią się w tym ewidentnie odnaleźć, bo albo trzymają się umierającej (bo wygaszanej już przez USA) strategii „atlantyckiej”, albo zachowują się jak ludzie, którzy przedawkowali X-a lub inne używki (np. spora część prawicy PiS-owskiej, która sugeruje, że teraz Trump powinien porwać Tuska).

Powtórzę jeszcze nie raz: nie żyjemy już pomiędzy Rosją i Niemcami, tylko pomiędzy USA i Chinami. Oba kraje wyłaniają się w nowym porządku jako umiarkowanie przyjazne Europie potęgi. Europa w tym nowym świecie ma być podzielona na strefy wpływów, a przede wszystkim wyeliminowana, jako istotny gracz. I piszę tu nie tylko o krajach Unii Europejskiej.

Nasze elity polityczne żyją w świecie, którego już nie ma. Pytanie, czy życzą sobie świata, w którym premier czy prezydent Polski może być porwany, bo np. zdecydował się opodatkować bigtechy za mocno, albo próbował wprowadzić jakieś inne ograniczenia dla zagranicznych koncernów? Zresztą w tym nowym świecie nawet porywać już nie będzie trzeba, bo wystarczy sugestia. Wszyscy już wiedzą, że USA nie żartują.

W tym kontekście „żarciki”, że USA powinny porwać nielubianego (także przeze mnie) premiera, uważam w najlepszym razie za głębokie odklejenie od wyłaniającej się przed nami rzeczywistości, albo po prostu zdradę. Sam się dziwię sobie, że muszę to pisać w kontekście akurat Tuska, którego, delikatnie mówiąc, fanem nie jestem. Ale przecież tak samo pisałem o pomysłach wyprowadzania na ulicę wojska, które powstawały w głowach niektórych liberalnych publicystów w czasach rządów PiS. Po prostu nie lubię odklejonych, grożących wojną domową pomysłów. Obojętnie, która prawicowa sekta akurat taki podsuwa.

Na świecie nigdy nie było spokojnych czasów, ale w Polsce była chwila oddechu. I właśnie się skończyła. Dlatego należy zacząć zachowywać się zgodnie z powagą chwili, a nie jakby ciągle najważniejszą przepychanką była zemsta dziadków z dawnej Solidarności.

Xavier Woliński