Rada Pokoju i polska prawica

iconic cinderella castle at disney world Photo by Abhishek Navlakha on Pexels.com

W sytuacji, kiedy Donald Trump zaczyna spuszczać z tonu w kwestii Grenlandii, co robi polska prawica?

Karol Nawrocki uda się na spotkanie, gdzie zostanie podpisane powołanie tzw. „Rady Pokoju”, czyli prywatnej inicjatywy Trumpa i jego zięcia, gdzie mają zamiar zarządzać całym światem. Trump ma być według jej zapisów nieodwoływalnym szefem. Zaprosił tam też swojego kolegę, któremu klaskał na Alasce, czyli Władimira Władimirowicza Putina.

Nawrocki będzie tam obecny, ale nie podpisze, bo nie może.

– Moje wsparcie dla prezydenta Trumpa jest niezachwiane, ale żebyśmy mogli podpisać pewne zobowiązania, musi to przejść procedurę konstytucyjną. To zostało przyjęte ze zrozumieniem – powiedział.

Czyli zasadniczo co Nawrocki „niezachwianie popiera”? Że można sobie niczym kolonią zarządzać np. Strefą Gazy? A może Grenlandią? Wenezuelą? A może wkrótce Trump stwierdzi, że potrzebne mu są jakieś zasoby w Polsce i np. przydałyby mu się złoża na Dolnym Śląsku zarządzane przez KGHM?

Będą tam ucierać z Putinem „reset” w kwestii tzw. przesmyka suwalskiego? Trump po kolejnej wielogodzinnej rozmowie z Putinem, może przecież stwierdzić, że po co się szarpać o taki kawałek ziemi i niech go Polska w imię pokoju „odda”.

Wiele krajów, nie tylko Francja, ale także Szwecja wyczuły pułapkę i nie mają zamiaru udzielać Trumpowi żadnego „wsparcia” w jego imperialnych dążeniach.

Dla polskiej prawicy obecnie to nie Rosja jest problemem, ale Europa. Więc idzie w ślady Orbana łasząc się do Trumpa. Najwyraźniej jest tak już przesiąknięta popkulturą amerykańską, że nie tylko obelgi względem lewicy tłumaczy na polski dosłownie (słynne „sojowe latte”), ale wydaje jej się, że autentycznie żyjemy w USA, a nie w Europie.

Tymczasem sytuacja Danii i Grenlandii jasno pokazują, że tylko zwarte i jednoznaczne przeciwstawienie się absurdom szalonego hegemona może przynieść jakieś efekty. Podlizywanie się prowadzi wyłącznie do eskalacji żądań.

W tej sytuacji kraje europejskie zapamiętają tę rozbijacką postawę i w momencie próby zostaniemy sami. USA już nie raz i nie dwa porzucało „sojuszników”, zwłaszcza tych, których uważali za wasali. A warto przy tej okazji przypomnieć, że USA praktycznie wycofała się ze wsparcia Ukrainy. Robią to nadal znienawidzeni przez nią Europejczycy.

Na polskiej prawicy krąży idea, że należy wzmacniać stosunku z krajami północnymi, czyli właśnie skandynawskimi, żeby zrównoważyć wpływy większych krajów (czytaj: niemieckie). Więc nie bardzo rozumiem, dlaczego nie patrzą na to jak zachowuje się np. właśnie Szwecja. Nie mówiąc już, że nie da się budować sojuszu ze Skandynawami, nie wspierając w obecnej sytuacji Danii, a więc przecież kraju skandynawskiego. Służalcza postawa względem USA poświęca więc nawet ten „alternatywny” projekt. Skandynawowie w tej sytuacji mogą słusznie uznać, że Polska w porównaniu np. do Francji, czy nawet Niemiec nie jest dostatecznie stabilnym sojusznikiem i że nie warto poważnie traktować ich zapewnień o budowie jakichś przeciwwag.

Tak to jest z tymi wizjami prawicowymi, które obiecują, że „mają koncepcję” budowy „suwerennej polityki” i „wstawania z kolan”, ale kolejne ich pomysły prawica sama rujnuje. Wizja „międzymorza” została zniszczona przez antyukraińskie obsesje, a teraz wizja „sojuszu północnego” jest grzebana z powodu tego, że za młodu za dużo naoglądali się seriali w rodzaju Dynastia i nie potrafią uwolnić się z dziecięcej miłości do USA. I zostaniemy z tym wszystkim razem z Orbanem, który zresztą nie wiadomo czy nie przegra najbliższych wyborów.

Xavier Woliński