Nie będzie wzmocnienia PIP i możliwe, że z tego powodu nie będzie też miliardów z KPO. Liberalno-konserwatywna prawica rządowa z KO i PSL zablokowała jakiekolwiek zmiany w tej materii proponowane przez Nową Lewicę. Niczego innego po rządzie, w którym prawica probiznesowa stanowi większość, nie można było się spodziewać.
Jednym z warunków (tzw. „kamieni milowych”) otrzymania unijnych pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy pierwotnie było pełne oskładkowanie umów śmieciowych. Potem pod wpływem lobby biznesowego rząd ograniczył to do zobowiązania przeprowadzenia „aktu ustawodawczego upoważniającego Państwową Inspekcję Pracy do wydawania decyzji administracyjnych przekształcających umowy cywilnoprawne w umowę o pracę oraz na podjęciu szeregu działań mających na celu zwiększenie zdolności Państwowej Inspekcji Pracy”. Wtedy biznes zaczął krzyczeć, że to jeszcze gorzej. I w końcu rząd wycofał się w ogóle z jakichkolwiek zmian. A więc najpierw negocjowali z Unią jedno, a teraz powiedzą jej, że w końcu się całkiem rozmyślili.
Najwyraźniej Polska tych miliardów nie potrzebuje, bo woli chronić stosunki pracy właściwe dla krajów półperyferyjnych (w których poziom umów śmieciowych jest wysoki), a „gonienie Zachodu” możemy uznać za śmieszny ozdobnik retoryczny. Nie ma żadnego „gonienia Zachodu”. Strukturalnie nadal Polska i cała Europa Wschodnia jest na poziomie krajów półperyferyjnych lub peryferyjnych. I to nie wina Unii, czy innych „Niemców i Francuzów”, ale naszej kasty rządzącej i kręgów biznesowych, które z tej sytuacji czerpią zwyczajnie zysk. Ponieważ nawet gdyby zrównano składki to i tak kapitałowi będzie opłacać się zatrudniać na śmieciówki, ponieważ te zdejmują z pracownika taką zdobycz cywilizacyjną, jak ochronę Kodeksu Pracy: płatne urlopy, płatne chorobowe, spory przed Sądami Pracy (tańszymi i ogólnie bardziej przychylnymi dla pracowników), a nie cywilnymi, itd.
Wszystko w imię obrony interesów biznesu i bardzo wąskiej grupy dobrze zarabiających specjalistów kosztem osób zmuszanych przez pracodawców do fikcyjnego „zlecenia”, czy założenia pseudofirmy.
Nic dziwnego, że związki zawodowe protestują przeciwko takiej sytuacji i zauważają w wydanym oświadczeniu:
„Poprzez tzw. umowy śmieciowe nieuczciwi pracodawcy okradają miliony pracowników w Polsce na miliardy złotych z tytułu nieopłaconych nadgodzin, odebrania prawa do urlopów wypoczynkowych, macierzyńskich, wychowawczych i płatnych zwolnień chorobowych. Fikcyjne formy zatrudnienia w praktyce krępują też działalność związkową, odbierają realnie pracownikom prawo do aktywności w ramach związku zawodowego pod groźbą natychmiastowej utraty pracy niechronionej kodeksem pracy.
Obecne przepisy ustawy o PIP i kodeksu pracy realnie nie zabezpieczają pracowników przed łamaniem prawa przez pracodawców stosujących fikcyjne formy zatrudnienia. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba pracujących na umowach zlecenia i pokrewnych osiągnęła rekordowy poziom ponad 2,4 miliona na koniec 2024 i pierwszą połowę 2025 roku, w tym 1,5 miliona pracujących wyłącznie na tych umowach. Stale rosnąca popularność tych umów wynika wprost z bezkarności pracodawców, niczym nieograniczanej żądzy zysku ponad prawem. Nowelizacja ustawy o PIP da szansę ukrócić ten proceder” – napisały w liście do posłów i posłanek zakładowe organizacje związków zawodowych Inicjatywa Pracownicza, WZZ Sierpień 80, Konfederacja Pracy oraz KNSZZ „Ad Rem”.
Oczywiście w kraju półperyferyjnym, rządzonym na zmianę przez prawicowe partie głos związków zawodowych nie będzie wysłuchany. U nas słucha się uważnie tylko organizacji probiznesowych.
Jest jeszcze kontekst polityczny. Tusk ośmieszył, moim zdaniem celowo, Nową Lewicę. Pokazał, że nic nie znaczy realnie i niczego naprawdę istotnego jej nie pozwoli „dowieźć”. Wszystko im zablokują razem z resztą prawicowych partii w rządzie. Dlaczego? Bo mogą. Niestety obecne kierownictwo przyjęło postawę kapitulancką i dało do zrozumienia, że trwanie w rządzie jest wartością samą w sobie, a więc nie ma sensu w ogóle z nimi negocjować, bo i tak nikt tam nie odważy się bardziej stanowczo negocjować. Tusk może zrobić z nimi, co chce.
Efekt będzie taki, że owszem, krótkoterminowo pokaże, że jest dominatorem, ale długoterminowo może zatopić całkiem Nową Lewicę. A wówczas, po zmianie władzy, PiS z Konfederacją i Braunem po prostu KO-wców powsadzają do więzień. Nie wiem, czy samego Tuska, bo on ma wielkie zamiłowanie do wyjazdów zagranicznych po tym jak przestaje być premierem.
Oczywiście rząd PiS-Konfederacja niczego tutaj nie poprawi. Przemysław Czarnek z PiS już pochwalił Tuska za manewr z wywaleniem reformy PIP do kosza. Następny rząd pod każdym względem zapowiada się na jeszcze gorszy niż obecny.
Xavier Woliński