Stan przedzawałowy kapitalizmu

cargo ships anchored at coastal port under blue sky Photo by Zifeng Xiong on Pexels.com

Widziałem wczoraj piękne zdjęcie. Zmierzch nad portem Maskat w Omanie. Ciepły blask portowych latarni i świateł pozycyjnych. Na spokojnej tafli, w nienaturalnym dla siebie bezruchu, stoją masowiec i tankowiec. Ich potężne, stalowe kadłuby – zazwyczaj będące w nieustannym ruchu i napędzające tryby globalnej gospodarki – teraz trwają niczym uwięzione lewiatany. Na pierwszym planie siedzą na rozkładanych leżakach dwaj mężczyźni w tradycyjnych omańskich nakryciach głowy i białych strojach.

Spokojnie obserwują stan zawału, jaki przechodzi kapitalistyczna gospodarka po tym, jak USA i Izrael zaatakowały Iran, a ten w odpowiedzi zablokował jedno z kluczowych wąskich gardeł, przez które przepływają codziennie tony paliw kopalnych, ropy i gazu, od którego uzależniona jest wciąż kapitalistyczna maszyneria. Chciałbym być teraz na miejscu tych dwóch panów, zachowując przy tym podobny stoicki spokój, rozmawiając z kolegą o kolejach losu i długim trwaniu.

Rynki energii obecnie przeżywają stan chaosu wywołany przez lęk, że towar nie zostanie dostarczony na czas i wchodzimy w moment szoku podażowego, jakiego dawno nie widziano. Wczoraj cena ropy Brent po raz pierwszy od lat przebiła „psychologiczną” barierę 100 dol. za baryłkę (w szczytowych momentach notowano drastyczne piki sięgające niemal 120 dol.). Trump wyszedł i zaczął opowiadać ludziom uspokajające historie, które sami chcieli usłyszeć, że już zaraz to wszystko się skończy i wszystko wróci do „normy”, czyli dalej będziemy mogli spalać paliwa kopalne bez umiaru. To, że mu uwierzyli na słowo i cena spadła poniżej 100 dol., świadczy o tym, jak mało „rynki” mają wspólnego z „rozsądkiem”.

Przez cieśninę Ormuz przepływa zazwyczaj około 20 proc. globalnej podaży ropy i zbliżony odsetek skroplonego gazu ziemnego (LNG). Utrzymanie się cen ropy na obecnych poziomach zniweczy dotychczasowe procesy dezinflacyjne (jeszcze wiele krajów nie wygrzebało się z poprzednich szoków podażowych z czau pandemii oraz wynikającego napaści Rosji na Ukrainę). Instytucje finansowe już grożą, że banki centralne wstrzymają obniżki lub wręcz podniosą stopy procentowe. Wszystko to sumarycznie, jeśli sytuacja szybko się nie zmieni, może doprowadzić do globalnej recesji. Innymi słowy, zapłacimy za to z własnej kieszeni.

Donald Trump chwali się, że amerykańskie wojsko praktycznie zniszczyło irańską flotę, ale co z tego, skoro wystarczy nawet pojedyncza rakieta, albo bezzałogowy statek morski, żeby wysadzić tu i ówdzie jakiś tankowiec. To wystarczy, żeby zniwelować ruch w cieśninie. Zwłaszcza że swoje dołożył „wolny rynek”, czyli reakcja firm ubezpieczeniowych. Stawki ubezpieczeń od ryzyka wojennego wzrosły do poziomów zaporowych (skok o 50 proc.), a niektórzy ubezpieczyciele całkowicie cofnęli polisy. Okręty wojenne nie muszą blokować fizycznie cieśniny, żeby ruch zamarł. Trump próbuje zorganizować państwową interwencję na rynku ubezpieczeń (jak wiadomo, kapitalizm uwielbia takie momenty, kiedy państwo ratuje z opresji), ale na razie nie przynosi to spektakularnych efektów. Ma zamiar też zorganizować konwoje do transportowania statków, a to może być bardzo kosztowne. Przypomnijmy, że już raz próbowali to robić w czasie wojny iracko-irańskiej. W kwietniu 1988 roku amerykańska fregata USS Samuel B. Roberts niemal zatonęła po uderzeniu w irańską minę. To było w tych czasach, kiedy USA jeszcze wspierały Saddama Husajna (i milczały, kiedy ten używał gazów bojowych przeciw Kurdom i irańskiemu wojsku, choć potem sobie „magicznie” o tym przypomniały po latach i zaczęły używać w propagandzie), zanim się z nim pokłóciły o kasę z ropy.

A to tylko część problemów. Iran atakuje też rafinerie i porty. Oto skrócona lista: rafineria Ras Tanura w Arabii Saudyjskiej, jedna z największych na świecie, z funkcją kluczowego terminalu eksportowego ropy została tymczasowo zamknięta w ramach środków ostrożności; Ras Laffan w Katarze, największy na świecie zakład produkcji LNG, Qatar Energy postanowił profilaktycznie i bezterminowo wstrzymać produkcję LNG; terminal naftowy Fudżajra i terminal paliwowy Musaffah w ZEA; zbiornik paliwa w porcie Duqm w Omanie.

Ajatollahowie mają, jak się okazuje, lepsze rozeznanie w tym, jak działa światowy kapitalizm niż ekipa rządząca „liderem kapitalizmu”. Dokładnie wiedzieli, gdzie uderzyć, żeby zabolało, a dotychczas tryumfalistyczny ton nieco przygasł. Dziwne, że spece od strategii, jakoś tego nie zauważyli. Irańska Gwardia Rewolucyjna (IRGC) grozi, że w przypadku kontynuacji ataków z regionu nie wypłynie „ani jeden litr ropy”. Z kolei koncern Saudi Aramco ostrzega przed katastrofalnymi skutkami dla rynku, informując, że fizycznie nie jest w stanie ładować tankowców w Zatoce Perskiej. „Chociaż w przeszłości zdarzały się nam zakłócenia, ten jest zdecydowanie największym kryzysem, z jakim zmagał się sektor naftowy i gazowy w regionie” – powiedział dzisiaj Amin Naser, prezes saudyjskiego koncernu naftowego Saudi Aramco.

Faktycznie, jeśli chaos będzie trwał, może to mocno sponiewierać światową gospodarkę, która już teraz, z wielu powodów, nie ma się najlepiej. Oczywiście, jak to zwykle bywa z amerykańskimi awanturami, kryzys ten uderzy najmocniej w Azję i Europę, gdzie pogłębią się narastające problemy ekonomiczne, ale też może to wywołać kolejne fale migracji.

Mamy tutaj też przypomnienie, że wciąż ten system opiera się na paliwach kopalnych, które w nieco dłuższej perspektywie podważą fundamenty cywilizacji przemysłowej. Jak to mówił Trump, drill, baby, drill. No i teraz uzależnione od tego „drillowania” kraje dostaną nauczkę, choć nie wiem, czy cokolwiek się z niej nauczą. Atak prawicy amerykańskiej i proamerykańskiej ma tutaj jedyny powód, źródła odnawialne stanowią konkurencję dla ropy i gazu z USA, więc należało wymyślić kolejną wojnę kulturową o „wiatraki”, żeby odciągnąć Europę od próby uniezależnienia się od amerykańskich nośników energii. Cały ten jazgot jest generowany celowo i podbijany dodatkowo przez amerykańskie social media, ale o tym szerzej może innym razem jeszcze napisze.

Na razie możecie sobie sprawdzać ceny na stacjach paliw i obliczać ile was już to wszystko kosztowało. A jeśli geniusze z Waszyngtonu szybko czegoś nie wymyślą, to zapłacicie tyle, ile jeszcze nie zapłaciliście za swojej pamięci.

Xavier Woliński