Temat Państwowych Gospodarstw Rolnych od dawna pojawia się zaledwie incydentalnie w debatach. W zasadzie wyłącznie jako jeden z elementów dyskusji o transformacji (co samo w sobie jest niestety kwestią już dość niszową). Bardzo rzadko ktoś zajmuje się PGR-ami jako takimi. Aż tu ni stąd, ni zowąd, pojawia się niezwykła wystawa „Ukryte szczątki. Centralnie planowana architektura mieszkaniowa na wsi” w Muzeum Architektury we Wrocławiu, która powstała pod kierunkiem zespołu kuratorskiego: Agnieszki Obal, Alicji Prusińskiej i Barbary Szczepańskiej.
Wystawa przedstawia nie tylko rozwiązania architektoniczne oraz historię rozwoju i likwidacji PGR-ów, lecz także – co może nawet ważniejsze – ich stan obecny. Czasem są to niszczejące budynki gospodarcze, ale częściej obiekty nadal używane, niejednokrotnie wyremontowane i w miarę dobrze utrzymane. Wystawa mocno kontrastuje z opisem beznadziei i moralnego upadku mieszkańców PGR-ów, jaki snuto przez lata w przestrzeni publicznej.
Wystawie, która została przedłużona do 19 kwietnia 2026 roku, towarzyszą wykłady i dyskusje, mające szansę otworzyć oczy mieszczuchom na historię i aktualne życie terenów PGR-owskich. Ich dzieje zarysowała podczas wykładu „Skąd tyle bloków w polu? Życie codzienne i przestrzeń społeczna w osiedlach PGR-owskich” prof. Ewelina Szpak. Zwróciła między innymi uwagę na to, że już w PRL, w kojarzonych z inteligencją pismach, przedstawiano skrajnie negatywny, przejaskrawiony obraz PGR-ów. Ta opowieść ma zatem znacznie dłuższe tradycje.
Szczególnie poruszająca była debata „Krajobraz pamięci. Co nam zostało po PGR-ach?”. Jedna z kuratorek, Barbara Szczepańska, prowadziła rozmowę z autorem i autorkami tekstów, które ukazały się w ostatnich latach i uznawane są za możliwe zwiastuny odrodzenia zainteresowania kwestią terenów popegeerowskich: Katarzyną Dudą (autorką książki „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”), Anną Przybyłą (autorką eseju „Blok i hektar nieba” o wiosce w dawnym PGR Szklary) oraz Bartoszem Pankiem (autorem książki reporterskiej „Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach”).
Anna Przybyła i Bartosz Panek podkreślali m.in. trudności, z jakimi zmagali się przy zdobywaniu zaufania mieszkańców. Ludzie, za ich pośrednictwem, oskarżali cały dziennikarski fach, pytając, dlaczego dopiero po kilkudziesięciu latach ktoś się nimi zainteresował na serio. O kilkadziesiąt lat za późno.
Natomiast Katarzyna Duda zawarła w swojej książce fragment własnej biografii – wychowała się bowiem w PGR Kietrz. Nazywa się go „ostatnim PGR-em”, gdyż dzięki uporowi i ciężkiej pracy robotnicy oparli się likwidatorskim zapędom władz centralnych. Sporo dyskusji i emocji na sali wywołała w tym kontekście informacja, że w momencie odgórnego rozwiązywania PGR-ów istniało aż 365 zakładów przynoszących zysk. Część wykazywała co prawda straty księgowe, ale wynikało to z niedawnych inwestycji. Ugruntowało się więc dominujące przekonanie, że sporą część gospodarstw można było uratować, czego niezaprzeczalnym dowodem jest wciąż funkcjonujący kombinat w Kietrzu (choć już w innej formie, nadal pozostaje własnością Skarbu Państwa). Podobną hipotezę postawiła wcześniej prof. Szpak.
Świadczy to, w moim (i nie tylko moim) przekonaniu, o głównie ideologicznym podłożu likwidacji wszystkich tych zakładów jednym pociągnięciem pióra w Warszawie. A kampania medialna, która wówczas się rozpętała i przedstawiała mieszkańców PGR-ów jako upadłe jednostki nieumiejące poradzić sobie w „nowych czasach”, miała tę ideologię przekazać mieszkańcom miast.
Niemniej jednak nie tylko Kietrz, ale i inne miejscowości popegeerowskie – a w szczególności ich mieszkańcy – wykazali niezwykłą żywotność. W trakcie wykładów i na wystawie wskazywano przykłady tego, jak ludzie, mimo wszelkich przeciwności, poradzili sobie w nowej rzeczywistości. Wiele miejscowości zmieniło się pozytywnie dzięki wysiłkowi osób, które rzekomo miały upaść i już się nie podnieść.
Wydaje mi się, że w opowieści o transformacji gospodarczej, poza zapisem traumy tamtego okresu, należy też zwrócić większą uwagę właśnie na opór, sprawczość, inicjatywę i zdolność nie tylko do przetrwania, ale i wyjścia na prostą. Narracja o biernych ofiarach powinna zostać zastąpiona opowieścią o cichym buncie i pracy organicznej. Dawni pracownicy PGR-ów z dumą mogą powiedzieć teraz mieszczuchom, takim jak ja: wciąż tu jesteśmy!
Gorąco polecam odwiedzić tę wystawę, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji.
Xavier Woliński



