Nie mam żadnej przyjemności w czytaniu kolejnych informacji o zwolnieniach w mediach. Z zasady nie cieszę się ze zwolnień.
Niemniej jednak jest to niezwykłe odczucie, kiedy dotyczy to mediów, które stanowiły „forpocztę” opowieści neoliberalnej na temat robotników, jako „homosovieticusów”, „ludzi zbędnych”, no i przecież szkoły zawodowe to „fabryki bezrobotnych”.
Polska transformacja była bezlitosna dla pracowników zamykanych PGR-ów, stoczni, czy ogólnie rzecz biorąc, wielkich zakładów przemysłowych. Ówczesny establishment medialny często legitymizował tę brutalność, tłumacząc ją „koniecznością dziejową” i „niewidzialną ręką rynku”. Jedyne co miał do zaoferowania na stronach dodatku „Praca” to „gonienie trendów”, wieczne „przekwalifikowanie się”, ponieważ człowiek musi w obecnej fazie kapitalizmu rewolucjonizować swoje życie bezustannie. Musisz być bardziej elastyczny na rynku pracy. Tak bardzo, że zamieniasz się w człoweka-gumę, plastelinę.
Teraz ta „niewidzialna ręka rynku” puka do drzwi kolejnych mediów, pustoszy całe działy, strąca całe redakcje z „prestiżowego trzeciego piętra na poślednie pierwsze piętro”, ku rozpaczy niedzisiejszych redaktorów, którzy piszą płomienne listy do zarządów w obronie swojego miejsca na świecie. Te listy są nieco bardziej barokowe i długie co do formy, ale treść jest zasadniczo identyczna z tą, którą słyszałem podczas protestów robotniczych pod zamykanymi fabrykami. Chodzi o to, że wówczas niebieskie, a teraz białe kołnierzyki traktują to, jak niezasłużoną karę. Przecież wytrwale pracowali, budowali zakład „tymi ręcami”, harowali ciężko, zostawali po godzinach i nagle przychodzi jakiś osobnik z zarządu, człowiek zasadniczo im obcy, którego nie widują na co dzień, nie zna więc ich poświęcenia, i mówi, że zakład źle stoi i ma przejść „bolesną, ale konieczną restrukturyzację”, czyli zwolnić połowę, a resztę wysłać na bezpłatny urlop.
Dlaczego? Ponieważ są za mało nowocześni i niedostosowani do współczesnej gospodarki. Białe kołnierzyki, które wówczas sądziły, że złapały wiatr w żagle patrzyły na to, czasem z wyższością, czasem litowały się nad tymi „zacofanymi biedakami”, ale cóż zrobić z wiatrem historii? Media taką postawą były w większości po prostu przepełnione. Jeśli dawano się wypowiedzieć, to raczej właśnie reprezentantom zarządów, lub „ekspertom”, którzy wyjaśnili publice, że tak działa kapitalizm, więc to musi być dobre, że od pięciu miesięcy cała załoga nie dostaje wypłaty, a część zadłużona jest na kilkaset procent w firmach chwilówkowych. Niestety, to przykre, ale zbyt wolno się „dostosowywali”. Te opowieści były podawane niemal bez żadnej kontry. Czasem pojawiła się wypowiedź jakiegoś „niedzisiejszego lewicowca”, czy może lepiej „komunisty”, czy innego „działacza” (przez lata to pojęcie nabrało z tego powodu zabarwienia ironicznego).
Kapitalizm, jak zauważył 200 lat temu pewien brodacz, wciąż rewolucjonizuje sam siebie. Więc każdy, kto mniej więcej znał te mechanizmy, mógł powiedzieć, że w końcu „przyjdą też po ciebie do biura czy redakcji”. Dziś już nawet młody programista słyszy na wstępie, że zasadniczo już jest „niedzisiejszy” i „nie nadąża”, o dziennikarzach już nawet szkoda mówić, bo stają się wręcz obiektem drwin (niestety częściowo na to sami zapracowali).
Być może więc tym razem uda się stworzyć jakiś sojusz pomiędzy białymi i niebieskimi kołnierzykami (co sam staram się realizować, jak być może zauważyliście) w obliczu gigantycznej przewagi skoncentrowanego kapitału. Propaganda w stylu lat 90. coraz słabiej się sprzedaje i coraz mniej ludzi w nią wierzy, bo dotyka już teraz nie tylko pozbawionych własnego głosu w mediach robotników, ale także samych wytwórców treści.
To stwarza możliwość powstania nowego sojuszu, który zagrozi centrom władzy ekonomiczno-politycznej. Możliwość, szansę, ale niestety nie pewność.
Xavier Woliński