USA, na rozkaz Donalda Trumpa, gromadzą gigantyczne siły na Bliskim Wschodzie w celu przeprowadzenia ponownego ataku na Iran. Jednocześnie Iran prowadzi manewry z udziałem Chin i Rosji. Może z tego wyjść paskudna jatka, która do reszty zdestabilizuje sytuację globalną.
Scena wygląda tak. Z jednej strony mamy chwiejącego się hegemona z drugiej pretendenta do tej roli, czyli Chiny. Nie ma chyba bardziej niebezpiecznej sytuacji w takich momentach. Zwłaszcza że rykoszetem dostanie prawdopodobnie najbardziej Europa, jak zwykle, kiedy USA biorą się za robienie „porządków” w tym rejonie świata.
Paradoks tej sytuacji polega na tym, że USA prężą muskuły, ale nie dlatego, że jest silne, ale właśnie dlatego, że słabną. Prawdziwy hegemon utrzymuje globalny porządek dzięki przewadze ekonomicznej oraz polityczno-ideologicznym wytwarzaniu zgody, a nie dzięki nagiej sile. Zwłaszcza że tutaj nawet nie mówimy o zmianie reżimu, ale o kolejnej akcji „dyscyplinującej”, która go nie obali, ale zrani. USA raczej nie mają ani sił ani ochoty na kolejną inwazję lądową, jak wcześniej na Irak. Nie mają też tak silnego poparcia ze strony innych krajów globalnego centrum, jak ponad dwadzieścia lat temu. Nie mają już zbyt wielu „przyjaciół” – stracili poparcie elit np. Europy Zachodniej, właśnie ze względu na podważenie jedności ideologiczno-ekonomicznej, którą dokonał sam Trump z ekipą. Koniec hegemonii ideologicznej USA jest dość oczywisty.
Nikt też nie wierzy już, że dla USA liczą się w tej rozgrywce jakiekolwiek ruchy opozycyjne wewnątrz Iranu. Nie, że wcześniej się liczyły w czasie podobnych eskapad, ale teraz już nawet nie udają, że chodzi o jakąś tam „demokrację”, nie mówiąc o tak abstrakcyjnych pojęciach dla Trumpa, jak „prawa kobiet”.
To wynika nie tylko z upadku pewnej ideologii (prawdę mówiąc mentalnie więcej łączy ekipę Trumpa z ajatollahami niż z „lewackimi prawami człowieka”), ale uznania swojej własnej słabości. Choć USA dysponują bezprecedensowym potencjałem niszczycielskim, od dekad nie potrafią zbudować stabilnego, podporządkowanego sobie ładu politycznego na gruzach państw poddanych interwencji. To jest zresztą jeden z punktów krytyki frakcji Trumpa przeciwko neokonserwatystom w rodzaju Busha, którzy roili sobie jakieś wizje „budowania narodów” przez USA. Nikt już w to nie wierzy, a najbardziej sam Trump i nowa fala konserwatystów.
Niestety atak USA nie poprawi losu ludności, trawionej przez rozmaite konflikty i kryzys gospodarczy. Nie chodzi o prawa kobiet, prawa pracownicze, mniejszości etniczne czy wolności obywatelskie. Jeśli reżim przetrwa, wykorzysta atak do jeszcze silniejszego dokręcenia śruby. Jeśli upadnie, zastąpi go niestety nie mniej opresyjna dyktatura, w stylu szacha Pahlawiego. Co prawda kryzys władzy zawsze wytwarza jakiś potencjał dla ruchów emancypacyjnych, żeby wpłynęły na przebieg wypadków, ale dotychczasowe doświadczenia rozmaitych amerykańskich interwencji nie napawają optymizmem. Dodatkowo przy takich okazjach warto pamiętać, że bomby nie odróżniają strażników reżimu od protestujących kobiet czy robotników.
Dodatkowo nie należy zapominać o wpływie Rosji i Chin. W razie potencjalnej próby powołania proamerykańskiego rządu, wejdą silniej do gry i zaczną bronić swoich interesów nawet kosztem wywołania wojny domowej. Lepszy chaos niż żeby Iran wpadł w ręce konkurenta.
Oczywiście w razie długotrwałego konfliktu i eskalacji, nie chcecie wiedzieć, co się stanie z cenami surowców globalnie i lokalnie np. na stacjach benzynowych, czy cenami gazu. Tym razem Iran może spróbować zadać ból wrogowi większy niż poprzednio i zablokować cieśninę Ormuz. Nawet jeśli w oczywisty sposób zaszkodzi to także im samym. Jak ich przycisną do ściany, nie będą mieli nic do stracenia.
Europa oczywiście za to zapłaci rachunek. Tak to już jest, że USA robią różne wyprawy kolonialne, a to Europa bierze na siebie chaos gospodarczy i kolejną falę uchodźców. A potem wychodzi jakiś kolejny JD Vance i poucza Europejczyków, że sobie „nie radzą gospodarczo” i „nie radzą z migrantami”. Może gdyby USA przestały wszczynać kolejne wojenne awantury niedaleko naszych granic, Europa radziłaby sobie lepiej? I ludzie nie byliby gnani przez świat ze swoich domów? Tak to już jest, że ludzie, którzy tworzą problemy, potem szukają winnych wszędzie, byle nie w sobie.
Xavier Woliński