Wczoraj w całym kraju odbyły się protesty w sprawie legalizacji aborcji. Chodziło o pokazanie władzom czerwonej kartki z powodu niezrealizowanych obietnic wyborczych. A przypomnijmy, ta władza dorwała się do stołków w istotnej mierze na fali protestów przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego sześć lat temu. Tymczasem dzień po wyborach rząd uznał, że prawa kobiet są nieistotne, za to istotne jest obsługiwanie emocji konfederatów.
Gniew więc jest jak najbardziej uzasadniony i słuszny. Ostatnio przegłosowane w Sejmie zmiany w prawie tylko w niedużej części wychodzą na przeciw postulatom. Miała być pełna dekryminalizacja, a według tych planów może być ewentualnie częściowa. Miała być legalizacja, a jest próba przywrócenia „kompromisu” sprzed 2020 roku. To, że w ogóle łaskawie koalicja rządząca się tym w końcu zajęła wynika głównie z presji i informacji, że planowane są protesty. Liczyli na to, że uda się spacyfikować ten gniew, ale się przeliczyli.
Manifestacje były liczniejsze niż w ostatnich latach. Tematu nie udało się zamieść pod dywan i znowu wraca ku rozpaczy konserwy rządowej i opozycyjnej. I nie uda się zamieść dopóki nie zostaną przywrócone standardy europejskie w tej kwestii. Ludzie widzą, że Polska jest skansenem pod tym względem.
Opowiadają, że „nie dało się więcej uzyskać w tej koalicji”. Nie trzeba było więc promować konserw w czasie wyborów, to by ich nie było. Ale za każdym razem od kiedy pamiętam dla Tuska wewnętrzni konserwatyści są wygodnym pretekstem do bezczynności. Raz to jest „konserwatywne skrzydło PO”, raz PSL, innym razem ktoś inny i zawsze się okazuje, że wielkie obietnice przed wyborami kończą się opowieściami „nie mamy pani płaszcza i co pani nam zrobi”. Dobrze wiedzieli, jaki układ wyborczy konstruują i kogo promują. Wiedzieli to dokładnie wówczas kiedy na wiecach obiecywali jednocześnie kobietom złote góry.
Opowiadają też, że „Nawrocki i tak zawetuje”. No więc jeśli zawetuje i tak, to trzeba było chociaż przegłosować porządną ustawę legalizującą, żeby pokazać wolę, przywrócić temat do debaty i żeby Nawrocki miał co wetować, a nie ogryzki. Wówczas rządowi mogliby powiedzieć szczerze, że „robili co mogli”. Dodatkowo nie dość przypominania, że Nawrocki teraz rządzi, ponieważ geniusze z KO tak ustawili kampanię Trzaskowskiemu, że miał pozyskiwać głosy konfiarzy, co skończyło się spektakularną klęską. Teraz udają tych „racjonalnych” i pouczają wszystkich dookoła na temat tego, co jest możliwe.
I za każdym razem to sama zabawa, czy się nazywają PO, czy się nazywają KO, wszystko jedno. Ciągle mamy 2008 rok. A w przypadku aborcji nawet 1993 rok. Polska polityka to stojące bajoro.
Xavier Woliński
Niezależna publicystyka wymaga wsparcia społeczności, by mogła pozostać otwarta dla wszystkich i bez paywalli.
Jeśli cenisz moją pracę, dołącz do grona osób, dzięki którym powstaje.