Czy tu istnieją ludzie poza klasą średnią?

person on a ski lift Photo by Mikhail Volkov on Pexels.com

„Pożegnanie z lattem. Klasa średnia szykuje się na kryzys” – taki tekst w weekendowym wydaniu zamieściła Gazeta Prawna.

W środku cała litania narzekań. Np. jedna z osób jest zrozpaczona, że nie będzie jej już stać na czesne dla dziecka wynoszące 2,3 tysiąca. Inna osoba narzeka, że będzie musiała ograniczyć wydatki, bo dodatkowe pieniądze z najmu (jak deklaruje, 3 tysiące miesięcznie za 45-metrowe mieszkanie, co jest jej zdaniem „korzystną ofertą”) nie pozwalają jej, jako singielce, podobno na życie na poziomie, jaki sobie zaplanowała. Żali się też, że zamiast jednej osobie mieszkanie musi wynajmować teraz trzem dorosłym osobom, którym z pensji nie wystarcza na najem osobnego mieszkania, więc żyją w „pracowniczej komunie”.

I tu moja uwaga skoncentrowała się na właśnie tych osobach, o których historie w tego rodzaju prasie (czyli w zasadzie prawie całej prasie obecnie) pojawiają się sporadycznie, często właśnie w tle problemów klasy średniej. Co bowiem ma powiedzieć osoba, której niemal cała pensja wynosi tyle ile czesne dla dziecka pani z klasy średniej? Co ma powiedzieć, kiedy już nie ma z czego ciąć, a jedyne z czego może zrezygnować, to przestrzeń prywatna, czy założenie własnego gospodarstwa domowego (rodziny czy innej stałej relacji w osobnym mieszkaniu), kiedy nie tyle nie stać cię na czesne dla dziecka, co w ogóle nie stać cię na dziecko?

Oczywiście, ktoś powie, przecież to prasa dla tzw. klasy średniej (często bardziej aspirującej, niż realnej), więc czym ma się zajmować? Prawda, klasa średnia nie chce czytać za dużo na ten temat, woli analizować własną sytuację pod każdym możliwym kątem.

Problem jednak polega na czym innym i jest to problem polityczny. Jako że u nas praktycznie nie ma żadnej innej masowej prasy ani mediów niż te tworzone przez wyższą klasę średnią dla niższej klasy średniej, problemy milionów zwyczajnych pracowników prawie w ogóle nie przebijają się do debaty.

A już praktycznie w ogóle nie są obecne ich własne głosy niezapośredniczone także przez klasę średnią czy inteligentów. Pisałem o tym szerzej ostatnio.

Tak więc mamy medialny monopol informacyjny, który kręci się wokół problemów określonej grupy społecznej (z jej licznymi odnogami i wariantami). To tworzy nieproporcjonalnie duże przełożenie na decyzje polityczne, także decyzje obecnie rządzących, którzy lubią uchodzić za „głos ludu”, tyle że to jest też głosu ludu taki, jaki partia uważa (np. jak wynika z badań w dziennikach prorządowych za głos pracowników robi.. głos rządu).

Dlatego zarówno obecnie rządzący, nie mówiąc już o poprzednikach, są bardzo wyczuleni na głos tej grupy, a także biznesu. Wystarczy mocno tupnąć w mediach i zwijają niektóre pomysły, a innych nie realizują.

Przestrzeń medialna, tworzy przestrzeń debaty i tego, co możliwe do pomyślenia (i realizacji). Dziennikarz, nawet wrogiej redakcji, odnosi się do tekstów innego dziennikarza, a wszyscy piszą mniej więcej z podobnych pozycji klasowych. Zwykle jest to perspektywa w miarę zamożnego publicysty dużego medium opozycyjnego, czy rządowego. Obie strony piszą co im ślina na język przyniesie, zwykle nie wystawiając nosa poza Warszawę i warszawskie banieczkowe awantury, które nie interesują 90 procent mieszkańców i mieszkanek tego kraju. Albo interesują na zasadzie kibicowania jakichś dziwnych, odległych ludzi na warszawskim ringu polityczno-medialnym. Przy czym ta odległość wcale nie musi być geograficzna. Warszawska pracownica gastronomii po całym dniu harówki ma niemal równie daleko do kłótni panów publicystów z Do Rzeczy z panami publicystami z Newsweeka, co osoba z Dzierżoniowa.

Publicystów nie bardzo interesują kłopoty obcych sobie ludzi coraz bardziej stłoczonych w mieszkaniach wynajmowanych od klasy średniej. Potem to te osoby wychodzą z tych „kurników” i obsługują państwo redaktorstwo w restauracjach i słuchają, jak państwu jest ciężko, bo nie pojadą na narty do Szwajcarii w tym roku.

Generalnie jednak, nie jest dla mnie problemem, że są media reprezentujące interesy klasy średniej, ani nawet nie neguję, że brak na czesne dla dziecka nie może być problemem. Skoro są osoby, które się tak identyfikują i mają takie interesy, to naturalne jest, że takie media też będą. Problemem jest to, że praktycznie nie ma mediów, które reprezentowałyby i bezpośrednio prezentowały głos oraz interesy klasy pracującej. Tych wszystkich, których nie stać na najem w dużym mieście, a w małym nie znajdują pracy, bo ich zawód nie pozwala na pracę zdalną (a takich wciąż jest przytłaczająca większość, wbrew wrażeniom tworzonym przez omawiane media), albo tych wszystkich młodych pracowników czy pracownic, które dopiero próbują znaleźć swoje miejsce na rynku pracy.

To jest dramat społeczny, ale też polityczny. Wielomilionowa masa ludzi jest pozbawiona głosu. I prawie żadnego zwolennika pluralizmu i demokracji to ani nie zajmuje, ani nie niepokoi.

Xavier Woliński