Posłowie, zwłaszcza Konfederacji, gardłują non-stop o tym, że komuś coś się nie należy, że państwo minimum, państwo stróż nocny i tak dalej i tak dalej. Ostatnio dostało się najmniej zamożnym artystom (o czym szerzej pisałem w poprzednim tekście), że emerytury absolutnie im się nie należą.
Jak wiecie zapewne, posłowie dostają ciężkie pieniądze na prowadzenie biur poselskich. Niby po to, żeby kontaktować się z wyborcami, co niejednokrotnie jest piękną fikcją, bo jak wiadomo, mamy wolny mandat i po wyborach możecie ich pocałować w trąbkę. Jednak w teorii wszystko gra, stan złudzenia utrzymany.
Oczywiście w tej fikcji jest też całkiem „racjonalny” haczyk. Otóż nasi prawodawcy zadbali o swój interes. Kancelaria Sejmu publikuje sprawozdania z kosztów prowadzenia biur poselskich. Okazuje się, że parlamentarzyści nagminnie i na ogromną skalę korzystają z rubryki określanej jako „inne wydatki”.
Nie da się zajrzeć do tych wydatków, bo posłowie tak skonstruowali prawo, że nie da się sprawdzić, na co konkretnie wydają środki. Nawet sąd nie może ich do tego przymusić (były takie próby). A wydatki w tej rubryce sięgają czasem niemal 200 tysięcy złotych rocznie, tym samym „inne wydatki” pochłaniają większość budżetu.
Przodują w tym… Zgadliście, posłowie Konfederacji i ogólnie rzecz biorąc prawicy. Lewicowych posłów nie ma nawet w pierwszej dwudziestce. Są za to i „państwowcy” z PiS i „demokraci” z KO, nie wspominając oczywiście o PSL. A podobno to lewica kocha wydawać publiczne środki i ma „lepkie rączki”. Ranking finalistów publikuje cyklicznie portal jakglosuja.pl. Można samemu sprawdzić liderów.
Jak słusznie punktuje Szymon Osowski z Watchdog Polska w rozmowie z Radiem Zet, rozwiązanie jest proste. Posłowie i tak muszą tworzyć szczegółowe zestawienia dokumentów księgowych i faktur dla Kancelarii Sejmu. Wystarczyłoby udostępnić je opinii publicznej. Brak tej jawności dowodzi, że mamy do czynienia z cichym, nieformalnym porozumieniem ponad podziałami partyjnymi.
I tak to się kręci. Tobie odmówią dopłaty do emerytury minimalnej, a sami doją bez żadnych zahamowań na potęgę. A potem opowiadają naiwnym coś tam o „zabieraniu koryta”. No więc mogą zabrać sobie koryto, ale nie chcą. Czy mnie to zaskakuje? Już mało co mnie szokuje, naprawdę. To jednak nie znaczy, że mamy się do tego przyzwyczaić, bo o to im chodzi, żebyśmy powiedzieli, że „tak już jest, co robić”.
Xavier Woliński