Konfederacja wznosi się na fali internetowych awantur. Okazuje się, że nagle stali się obrońcami „klasy pracującej” przed „drapieżnymi artystami”, którzy walczą o minimalne emerytury w wysokości 1900 zł brutto (nie dotyczy to gwiazd, bo te nie załapią się na dopłatę ze względu na kryterium dochodowe) dla tych najmniej zamożnych spośród nich.
Osobiście jestem za minimalną emeryturą dla wszystkich, skoro już politycy ultraliberalni urządzili nam wszystkim śmieciówkowy raj. To szybko wytrąciłoby tym politykom segregacyjne zapędy. Wszak celowo skonstruowali ten system tak, żebyśmy teraz się nawzajem zagryzali i tłukli ku ich uciesze w tym błocie. Wojny nomen omen kulturowe, właśnie temu służą, żebyśmy w nie wciągali jak w walki gladiatorów i niewolników na arenie i nie rozmawiali o tym, co istotne. Czyli o tym, że wszystkich nas tu ci na górze robią w wała. Tymczasem oni siedzą i patrzą na nas ze swoich galerii, jak sobie skaczemy do oczu.
Na miejscu polityków w ogóle bym się nie wypowiadał na temat „eldorado emerytalnego”, czy socjalnego. Nie ma bowiem w tym kraju bardziej obsypywanej socjalem, apanażami, przywilejami, rozpieszczonej, wychuchanej grupy niż ci, którzy wsadzili tyłki w fotele w parlamencie polskim, czy europejskim (wielu ceni sobie zwłaszcza ten drugi w momencie, gdy czuje zbliżający się koniec kariery, żeby po paru latach mieć europejską emeryturę).
Kiedy widzę polityka mówiącego, że jakaś grupa zawodowa jest „roszczeniowa”, to widzę jak mu kapie tłuszcz z pożartej właśnie zupy, którą sobie kupił w stołówce sejmowej w ramach zestawu obiadowego kosztującego w całości 20 zł. A korzystają chętnie, jak donosiła w listopadzie gazeta,pl, codziennie wydawane jest w tej stołówce tysiąc samych tylko obiadów.
I ci ludzie mają czelność mówić o tym, że komuś się coś nie należy. A należy się nam wszystkim wszystko.
Xavier Woliński