Krzysztof Bosak postanowił zabrać głos na temat środków na naukę: „Trudno jednak podpisać się pod postulatem „3% PKB na naukę” bez zapytania najpierw, jak te pieniądze mają być wydane”. Niewątpliwie jest to człowiek obyty w tej tematyce, choćby ze względu na liczbę kierunków, na których próbował studiować.
I dalej: „Oczywista jest potrzeba lepszego finansowania badań (ale też lepszego zarządzania!) w obszarach, które mogą nam zaowocować za ileś lat polskimi technologiami wojskowymi, kosmicznymi, medycznymi czy energetycznymi. Potrzebujemy inwestować w polskie startupy technologiczne i w kształcenie polskich fizyków jądrowych i miejsca pracy dla nich”.
„Z drugiej strony jednak należy postawić pytanie, jaka część pieniędzy na naukę jest obecnie wydawana w sensowny sposób, a jaka część jest marnowana na jałowe projekty i konferencje, publikacje bez znaczenia i ideologiczne pseudobadania. Czy rzeczywiście powinniśmy finansować pseudostudia na kierunkach typu „gender studies”?”
Wiadomo, potwór dżender straszy polską prawicę nie od dziś. A potem płacz nad tym, że facet jest traktowany stereotypowo i nikt tego rzekomo „nie problematyzuje”. Ciekawe jednak, że zajął się tak niszowym kierunkiem badań, a nie zaczął zadawać pytań, po co są całe, potężne wydziały teologii na uniwersytetach finansowanych z budżetu publicznego? Na nich się tworzy „rakiety” i leki na raka?
Tu wspaniale ujawnia się mentalność sporej części prawicy dotycząca tego, czym właściwie jest nauka i czym powinna się zajmować. Czyli w skrócie, ma zajmować się wyłącznie tym, co stanowi zaplecze dla technicznego wykorzystania wiedzy, ale nie np. refleksji nad człowiekiem, czy rozważań, po co i jakie te „rakiety” budować.
To wychodzi w momentach, kiedy taki prawicowiec próbuje dyskutować na temat historii (rozumianej mniej wąsko niż historia wojskowości i techniki wojskowej), ekonomii, języka, socjologii, antropologii, czy nawet celów polityki. Nie mówiąc już o tym, kiedy zaczynają ocierać się o pytania z pogranicza nauki i filozofii. Zwykle opowiadają banały albo powtarzają szkolne formułki.
Ktoś w trakcie dyskusji napisał, że „państwo, a w szczególności „państwo średnie” ma prawo, a nawet obowiązek priorytetyzować, na co wydaje pieniądze”. Owszem, na wszystko nie starczy, ale dlaczego akurat państwo średnie ma zajmować się ekstremalnie kosztownymi badaniami samodzielnie. Np. badaniami kosmicznymi, gdzie nie ma szans, żeby Polska w pojedynkę doścignęła czołówkę i poradzić sobie może, poza pojedynczymi badaniami, głównie we współpracy międzynarodowej, np. w ramach Unii. Dlaczego nie ma się zajmować refleksją z zakresu humanistyki bliższą lokalnym problemom?
„Państwo średnie” to ładniejsze określenie państwa półperyferyjnego. A państwo półperyferyjne, zgodnie z globalnym podziałem pracy, nie powinno mieć swojej własnej refleksji nad sobą, tylko kształcić techników, którzy będą zasilać międzynarodowe korpo (ponieważ tak wygląda to w praktyce, a nie w technokratycznych marzeniach nacjonalistów o „narodowych kosmodromach”). To jest bardzo ciekawe w tej myśli rzekomych patriotów, że mamy ograniczyć rozwój humanistyki i pozostać jedynie bezmyślnym trybikiem w maszynerii globalnego kapitalizmu. A kapitalizm zawsze globalizuje się z samej swojej natury, gdyby ci prawicowcy przestudiowali temat trochę głębiej, to by może o tym wiedzieli, a nie fantazjowali o „narodowych kapitalizmach” i nie przeskakiwaliby od razu na poziom lotów w kosmos.
Te wpisy są wręcz wołaniem o rozum humanistyczny. Bez tego pozostaje „mocarstwowa” paplanina o „narodowych” przemysłach kosmicznych i ściganie się z USA i Chinami w tej dziedzinie.
Niech nasi Prawdziwi Polacy Patrioci wstaną wreszcie z kolan i przestaną mieć względem potęg globalnych kompleksy z okolic memów „Poland can into space”. Wówczas może dotrze do nich, że są tematy, które warto robić w ścisłej kooperacji międzynarodowej, której tak się boją, a są tematy, które trzeba robić lokalnie, bo nikt za nas ich nie zrobi na Cambridge czy innym Oksfordzie.
Xavier Woliński