Demokracja limitowana. Jak KO zaplątała się we własne sznurówki

historic town hall tower in krakow poland Photo by Piotr Kalinowski on Pexels.com

W Krakowie, w wyniku udanego referendum, odwołano prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Na salonach szok i niedowierzanie, jak to się mogło stać?

Miszalskiemu zarzuty stawiała i prawica (która głównie awanturowała się o Strefę Czystego Transportu, nieumiejętnie wprowadzaną), ale też i środowiska lewicowe, tu poszło m.in. o skokową podwyżkę cen biletów komunikacji miejskiej, pojawiają się też zarzuty dotyczące sposobu obsadzania stanowisk w spółkach miejskich i braku transparentności. Nie da się jednak ukryć, że bardziej aktywne w referendum były środowiska prawicowe, bo miały więcej do ugrania.

Tymczasem Koalicja Obywatelska postanowiła wykorzystać swój ulubiony manewr, czyli bojkot referendum. Nawoływał do niego sam Miszalski, ale też inni politycy KO: „Referendum odwoławcze rozstrzyga się frekwencją. Jeśli ktoś chce bronić prezydenta Miszalskiego i pójdzie na referendum, głosuje za jego odwołaniem. Bardzo proszę – zostańcie w domu” – powiedział Jakub Kosek, przewodniczący Rady Miasta Krakowa na antenie Radia Kraków. Do kampanii bojkotu przyłączyły się też rozmaite mniej lub bardziej anonimowe konta sympatyzujące, delikatnie mówiąc, z KO.

No i zwolennicy Miszalskiego nie poszli, za to poszli jego przeciwnicy. Efekt znamy. Teraz zaczyna się wydziwianie „na demokrację”, na ludzi, na cały świat, ale oczywiście ani słowa o tym, że „sprytny plan” sztabu partyjnego nie wypalił. Mało tego, uważam, że taki przejaw arogancji wręcz zmobilizował przeciwników jeszcze bardziej. Uważam, że to nie żaden PiS obalił Miszalskiego, tylko KO sama się zaplątała we własne sznurówki. Raz im się udało doprowadzić do skutecznego bojkotu, kiedy w 2013 roku próbowano odwołać prezydentkę Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Wówczas ta inżynieria polityczna zadziałała.

Krakowianie dostali rozmaite pouczenia na temat „istoty demokracji”. Przodował w tym tygodnik Polityka. „W demokracji obowiązuje zasada nadrzędności wyborów, a ich wynik może zostać zakwestionowany w drodze referendum tylko w sytuacjach absolutnie wyjątkowych. Nie bez przyczyny ustawodawca nie określił, co może być powodem przerwania kadencji władz lokalnych: czy musi dojść do konkretnych nadużyć, czy też wystarczy ogólne niezadowolenie mieszkańców. Intencja jest jasna – w okresie kadencji kluczowa i wiążąca (także dla obywateli) jest decyzja wyborcza. Jej zmiany z błahych powodów podważałyby przecież sens samej demokracji. Porą na rozliczenia powinny być kolejne wybory. Zmiana tej zasady też byłaby precedensem – i to groźnym” – klarował na jej łamach jeden z czołowych autorów tego pisma, Krzysztof Burnetko.

To jest zabawne, kiedy czytam na łamach rzekomo „lewicowo-liberalnego” pisma niemal cytaty z konserwatywno-liberalnego Edmunda Burke’a, który jako pierwszy w filozofii polityki umieścił wyraziście ideę mandatu wolnego (czyli polityk po wyborach nie musi realizować programu, nie jest wiązany żadnymi instrukcjami wyborczymi, a rozliczenie co najwyżej powinno być za kilka lat w kolejnych wyborach). To, co reprezentuje autor Polityki, nie jest żadną fundamentalną zasadą demokracji, ale jej ograniczeniem wprowadzonym przez konserwatywną frakcję elit, która bała się, że lud może chcieć ich odwoływać, a oni tyle wydali na propagandę wyborczą…

Byłem, jestem i raczej już zostanę zwolennikiem konkurencyjnej koncepcji demokracji, czyli modelu bezpośredniego lub w złagodzonej wersji – partycypacyjnego. Jeśli wybrany urzędnik drastycznie odchodzi od programu, z którym szedł do wyborów, lub forsuje rozwiązania uderzające w interesy mieszkańców, obywatele mają prawo wypowiedzieć się w dowolnym momencie, o ile spełnią określone proceduralnie wymogi. Sama idea jest na wskroś lewicowa i wywodzi się np. z tradycji Komuny Paryskiej.

Wolny mandat jest źródłem znacznie poważniejszych i licznych patologii niż wszelkie zagrożenia wynikające z demokracji bezpośredniej czy partycypacyjnej. Burke świadomie proponował bezpiecznik wolnego mandatu, żeby chronić stabilność rządów elit.

Jak zwykle czujny „moralista” Jan Hartman w tym samym tygodniku naucza:

„Wznieśmy się jednakże na wyżyny filozofii polityki. Otóż świadomie lub nie, ci, którzy wezwania do bojkotu referendum (a słyszeliśmy je z ust samego prezydenta Miszalskiego) ogłaszają zamachem na demokrację, dają wyraz swemu przywiązaniu do demokracji bezpośredniej według Rousseau. W myśl tej preromantycznej koncepcji rządy ludu polegają na tym, że zebrany na placu tłum pośród rozgardiaszu i przekrzykiwań w końcu wzbiera jednym uczuciem i jednym głosem. Krzykiem oznajmia swoją wolę, a nieliczni malkontenci zostają zignorowani”.

Nie chcę tu cytować całości tych wynurzeń. Jeśli ktoś bardzo pragnie takich wykładów, łatwo je sobie znajdzie. Natomiast w ten sposób ośmieszanie jednej z najważniejszych funkcji demokracji (czyli kontrolnej), jako „preromantycznej” (czyli w dzisiejszym rozumieniu „bujającej w obłokach”) i to tylko w celu uzasadnienia zupełnie taktycznego manewru konkretnej partii spowoduje w przyszłości dalszy rozkład jakichkolwiek procedur demokratycznych, jakie tutaj zostały. Kiedyś poświęcę temu więcej miejsca, w jakimś bardziej „teoretycznym” tekście.

Obecnie z tych procedur korzysta prawica konserwatywno-liberalna, ale kiedyś mogą się przydać liberalnym konserwatystom z tygodnika Polityka oraz KO.

Najzabawniejszy jednak w kontekście ostatecznego wyniku jest ten fragment tekstu felietonisty Polityki: „Gdy rozumie się ten system, a nie chce obalać prezydenta, to zostaje się w domu. I tak zapewne en masse zachowają się Krakowianie 24 maja”. No i zachowali się, jak im doradzaliście.

Faktycznie, wspaniała to była strategia. Taka niezbyt skuteczna, ale jak można kłócić się z osobami, które tak doskonale „rozumieją ten system”.

Xavier Woliński