Mój poprzedni post o wygranej Tesli ze szwedzkim związkiem zawodowym IF Metall po niemal trzyletniej batalii strajkowej, wywołał spore zainteresowanie. Jednak część osób nie zrozumiała, że tu nie chodziło o jeden zakład, ale podważenie całego modelu wypracowanego w Szwecji. Nie dziwi mnie to. W Polsce jest to jakaś całkowita abstrakcja, ponieważ dominują tu albo modele skrajnie indywidualistyczne albo modele paternalistyczne.
Warto więc przy tej okazji przedstawić kontekst polski: „Polska ma jeden z najniższych w UE poziomów objęcia pracowników układami zbiorowymi. Według danych Komisji Europejskiej w 2023 r. rokowaniami zbiorowymi objętych było w Polsce zaledwie 11,6% pracowników. To najniższy wynik w zestawieniu. Dla porównania, w Belgii i we Włoszech wskaźnik wyniósł 100%, w Austrii 94,9%, Hiszpanii 91,8%, Finlandii 88,8%, a w Szwecji 88%” – informuje OPZZ.
Nie ma sensu jednak sprowadzać tego tylko do różnic ilościowych. Odmienność wynika głównie z różnic systemowych. W Polsce forsuje się albo koncepcję, że każdy sobie radzi sam, każdy jest samotną łódeczką na wielkim oceanie gospodarki, a więc powinien przyjąć indywidualną strategię przetrwania i walki o swoje interesy. W starciu zwłaszcza z wielką firmą, jako pojedynczy pracownik, ma wpływ bliski zeru (chyba że jest rzadkim, poszukiwanym specjalistą, bo tak akurat wylosowała ruletka rynkowa), można to porównać do rozmów z wielkim bankiem czy firmą telekomunikacyjną. Spróbujcie wynegocjować jakieś specjalne warunki, których nie ma w standardowych umowach i ofertach przygotowanych sprzedawcom przez centralę.
Mamy też drugi model. Państwo da, państwo załatwi, państwo się zaopiekuje. Samo z siebie. Magicznie. Na podstawie „argumentacji moralnej” i odwoływania się do dobrej woli polityków i urzędników oraz płomiennych tekstów na fejsie. Musimy więc głosować na słuszną partię, bo jak ta partia nie wygra, to jesteśmy bezsilnymi łódeczkami na wielkim oceanie gospodarki. To aż tak bardzo się nie różni od modelu liberalnego.
Jest też model oparty o działania zbiorowe, czasem powiązany z państwem, a czasem traktującym także państwo nieufnie. Podstawą tu jednak nie są decyzje państwowych biurokratów czy łaska pańska polityków, ale działanie kolektywne pracowników (lokatorów, mieszkańców danej gminy itd.), ich sprawczość i podmiotowość. To one wymuszają ustępstwa zarówno ze strony kapitału, jak i państwa. Im są mocniejsze, tym bardziej rośnie siła przetargowa każdego pojedynczego pracownika zrzeszonego w związku, czy innej organizacji.
Model szwedzki jest więc pewną formą tego podejścia. Wbrew legendom tworzonym tu przez zwolenników „socjalnego paternalizmu”, nigdy nie opierał się wyłącznie na sile czy decyzjach państwa. Duże obszary były oddane zorganizowanym pracownikom. Tworzyło to ramy, w których zorganizowani pracownicy kolektywnie negocjowali z pracodawcami reguły obowiązujące znaczną część gospodarki. Stąd też Szwecja do dziś nie ma ustawowej płacy minimalnej. Wysokość wynagrodzeń i wiele innych warunków pracy ustalają przede wszystkim związki zawodowe i organizacje pracodawców.
Model oczywiście był krytykowany i z lewa i z prawa. Prawicowe argumenty są znane w Polsce aż za dobrze, natomiast z lewa krytyka szła w kierunku postulatu rozszerzenia kontroli pracowniczej nad przedsiębiorstwami i doprowadzenia do uspołecznienia (co nie jest tożsame z nacjonalizacją, upaństwowieniem, w Polsce muszę to ciągle przypominać nawet wśród lewicowców) środków produkcji. Z drugiej strony krytykowano przewagę w tym modelu dużych, biurokratycznych związków zawodowych oraz powiązanie zbyt silne z instytucjami państwowymi, co prowadziło do uzależnienia modelu od tego, kto akurat kontroluje państwo. Dodatkowo część lewicy słusznie zauważała, że kapitał, który z natury w kapitalizmie ma przewagę, w końcu przełamie siłę związków zawodowych, zwłaszcza jeśli np. prawica zdobędzie jednocześnie kontrolę nad państwem. Jeśli więc zorganizowani pracownicy nie pójdą dalej, prędzej czy później dojdzie do rozwodnienia tego systemu.
Część szwedzkiego ruchu robotniczego, zwłaszcza ekonomiści oraz działacze centrali związkowej LO, zdawała sobie sprawę z tego zagrożenia. Powstała więc idea, żeby przestać ograniczać się do negocjowania podziału dochodu, a zacząć zmieniać podział własności. W ten sposób powstał projekt funduszy pracowniczych, kojarzony głównie z ekonomistą Rudolfem Meidnerem. Jego pierwotna propozycja z 1975 roku przewidywała, że przedsiębiorstwa będą przekazywały część zysków (orientacyjnie 20 proc.) nie w gotówce, lecz w postaci nowych akcji do zbiorowych funduszy świata pracy. Akcji tych nie otrzymywaliby indywidualni pracownicy, którzy mogliby je później sprzedać (tak jak to potem miało miejsce w czasie fikcyjnej „prywatyzacji pracowniczej” części zakładów w Europie Wschodniej). Miały pozostać własnością zbiorową, a wraz z ich kumulacją rosłyby również prawa głosu i wpływ pracowników na zarządzanie przedsiębiorstwami.
Projekt miał trzy główne cele. Zapobiegać dalszemu bogaceniu się właścicieli najbardziej rentownych firm wskutek solidarystycznej polityki płacowej; przeciwdziałać koncentracji kapitału, a więc również koncentracji władzy oraz zwiększać kolektywny wpływ pracowników dzięki udziałowi we własności.
Nie rozwiązywało to wszystkich problemów kwestii demokracji pracowniczej (konkretnie jak i przez kogo mają być zarządzane fundusze), ale było to dowodem, że realnie rozważani problem, że same negocjacje płacowe to za mało, bo kapitał zachowuje ciągle przewagę, dopóki nie rozwiąże się problemu własności, a więc władzy.
Niestety kunktatorstwo kierownictwa socjaldemokracji szwedzkiej oraz silny opór biznesu, spowodowało tak duże rozwodnienie tego projektu, że nic prawie z niego nie zostało strukturalnie istotnego. A po zwycięstwie centroprawicy w 1991 r. fundusze całkiem zostały zlikwidowane. Wówczas jeszcze na jakiś czas udało się zachować model szwedzki, ale zatrzymano próbę przekształcenia go w demokrację gospodarczą.
Stąd atak Tesli na układ zbiorowy jest tak poważnym wyłomem w systemie. I jednocześnie stanowi dowód, że lewicowi ekonomiści i związkowcy z lat 70. się nie mylili. Kapitał podważył lub jest w trakcie podważania kolejnych kompromisów zawartych ze światem pracy z czasów, kiedy ten nie był jeszcze tak zindywidualizowany jak obecnie i potrafił być groźny dla systemu. Sam model szwedzki nie rozwiązywał podstawowego problemu kapitalizmu, czyli problemu akumulacji kapitału. Można negocjować, jeśli ma się względną równowagę, a tę pracownicy zdobyli dzięki samoorganizacji. Ale jeśli druga strona będzie miała tak ogromną przewagę dzięki zakumulowanemu kapitałowi, że będzie w stanie przetrwać nawet wieloletni strajk, to nie można mówić o równorzędnych negocjacjach. Celem jest tu też ponowne rozbicie pracowników na niezorganizowane cząstki i negocjowanie z każdym z osobna.
Dodajmy, że ta przewaga nie objawia się wyłącznie w relacjach gospodarczych. Mamy aż nadto dowodów na to, że celem jest demokracja jako taka, a nie wyłącznie demokracja pracownicza. Skoncentrowany kapitał zdobywa wszak przewagę nie tylko nad dużymi związkami zawodowymi, ale także nad całymi państwami, kontroluje potężne globalne media pośrednio lub bezpośrednio, technologię, finansuje całe partie i poszczególnych polityków jawnie lub niejawnie. Konflikt z kapitałem nigdy nie jest wyłącznie konfliktem ekonomicznym. Jest stricte konfliktem politycznym, batalią ze skoncentrowaną władzą.
Xavier Woliński
Niezależna publicystyka wymaga wsparcia społeczności, by mogła pozostać otwarta dla wszystkich i bez paywalli.
Jeśli cenisz moją pracę, dołącz do grona osób, dzięki którym powstaje.