Czytam w Newsweeku: „Ania przez cały rok walczyła o podwyżkę. W końcu szef się zgodził, a ona miała ochotę skakać z radości. W listopadzie przyszła pensja — niższa o kilka tysięcy. Ania wpadła w drugi próg podatkowy. — Po tygodniu wzięłam kredyt — opowiada. Takich jak ona jest więcej — klasa średnia czuje, że mimo dobrych zarobków, zaczyna biednieć”.
Warto wskazać, że „dramat” polega na tym, że na rękę po zrobieniu opłat zostaje jej na czysto 4000 zł. Nie mam pojęcia, czy ta historia jest prawdziwa. Powiedzmy, że jest.
Jako osoba, która zna biedę, czasem ekstremalną i zagrażającą biologicznemu przetrwaniu, z racji choćby tego czym się zajmowałem przez lata, bardzo trudno mi się jest wzruszyć historią osoby, której podstawowym problemem jest to, że „na czysto” zostaje jej tyle, ile wiele osób zarabia w całości, a wiele osób nawet o takiej sumie może pomarzyć.
Przypomnijmy, mediana wynagrodzeń wynosi według danych GUS przy zwykłym etacie mniej więcej 5460 zł netto. Innymi słowy połowa zatrudnionych zarabiała mniej tyle lub mniej przed dokonaniem jeszcze jakichkolwiek opłat. Podkreślam POŁOWA zarabia mniej. Wiele osób znacznie mniej. Dopiero granica górnych 10 proc. wynosiła około 10,2 tys. zł netto miesięcznie średnio w skali roku na etacie.
Żeby od razu podkreślić, zanim niektórzy ruszą tu wściekli do sekcji komentarzy, nie mam zamiaru nikomu nic zabierać. Chodzi o zwrócenie uwagi na to, problemy jakich grup pracowników są wciąż eksponowane w głównonurtowych mediach. Dotyczy to notorycznie górnego 10 proc. najlepiej zarabiających (identyczne podejście miał rząd podczas ostatniej propozycji reformy podatkowej).
Czyli problemy 90 proc. nie istnieją w ogóle, ewentualnie trafiają do „programów interwencyjnych”, które siłą rzeczy nie opisują zazwyczaj relacji klasowych, czy nie próbują umieścić tego w szerszym kontekście hierarchii społecznych, ale raczej koncentrują się na „indywidualnej tragedii”.
Należałby sobie zadać pytanie, skoro osoba zarabiająca na rękę 10 tys. nie radzi sobie i czuje, że biednieje, boi się np. utraty pracy, choroby, i zwiększonych wydatków z tym związanych, to jak muszą czuć się pozostali?
A mówimy tu nie o mniejszości, ale większości społeczeństwa. To mnie od dawna irytuje. Większość w mediach jest nieproporcjonalnie mniej obecna niż osoby zamożniejsze. Stąd też potem tak wygląda polityka państwa często.
Pani Ania kończy prognozą: „Jeszcze trochę i przestanie mnie być stać na życie w Warszawie — zamyśla się Anna. Sprawdza ceny mieszkań w Łodzi. Taniej. Tylko co z dojazdami do pracy? I co z dzieciakami? Zmieniać im szkoły, miasto, wyrywać z ich świata?”.
Zastanawiam się więc, jak żyją w tej Warszawie np. pracownicy Żabek? Albo ktokolwiek kto nie zarabia 10 tysięcy plus? Wszyscy powinni wyprowadzić się do Łodzi? W Polsce, wśród elit rządzących, istnieje przeświadczenie, że ta reszta po prostu jakoś musi sobie poradzić, wszystko jedno ile płaci za mieszkanie, czy choruje, czy wychowuje samotnie dzieci albo ma pod opieką osoby z niepełnosprawnościami. Ma sobie radzić. O dramacie w kontekście nie pojedynczych, izolowanych przypadków, ale w kontekście grupowym, „klasy” mówi się dopiero od 10 tys. wzwyż. Dlaczego? Dlatego, że to jest po prostu otoczenie społeczne elit politycznych i ekonomicznych. To są ich znajomi, rodzina, współpracownicy. Więc to są problemy społeczna, problemy grupy. Ich grupy społecznej. Reszta to wolne elektrony ze swoimi, odległymi, a więc mniej istotnymi problemami. A zazwyczaj to dopiero problemy NASZEJ grupy są problemami PRAWDZIWYMI. Reszta jest z gruntu podejrzana o wyolbrzymianie, roszczeniowość, nadmierne ambicje, ponieważ nie są im znani, a skoro nie są znani, to nie ma do nich zaufania.
Xavier Woliński
Niezależna publicystyka wymaga wsparcia społeczności, by mogła pozostać otwarta dla wszystkich i bez paywalli.
Jeśli cenisz moją pracę, dołącz do grona osób, dzięki którym powstaje.