Koszt hegemonii. Neokolonializm robi się nieopłacalny

beige analog compass Photo by Ylanite Koppens on Pexels.com

Donald Trump tryumfalnie ogłosił, że porozumienie w sprawie otwarcia cieśniny Ormuz jest gotowe do podpisania. Wielkie zwycięstwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że geniusz sam najpierw do jej zamknięcia doprowadził.

Irańczycy już wiedzą, że trzymają USA za gardło i w razie powtórki z rozrywki mają środki, żeby przywołać do porządku obecnego i kolejnych prezydentów. W tym sensie jest to porażka imperium z perspektywy pierwotnych celów, które próbowali osiągnąć (obalenie reżimu i poddanie kontroli Iranu na wzór Wenezueli). Dyscyplinowanie poszczególnych krajów staje się coraz bardziej kosztowne.

Relatywna porażka w Azji jest zresztą szersza. Po tym, jak dostali prztyczka w nos od Chin w czasie również rozpętanej bez ładu i składu wojny celnej, kolejny raz przypomniało to amerykańskim elitom, że ich potęga ma swoje granice. A Chiny są już zbyt silne, żeby można było tak prostymi metodami z nimi pogrywać. Kiedy USA podniosły cła, Chiny wprowadziły ograniczenia w eksporcie metali ziem rzadkich, które uderzyły m.in. w zachodnie sektory zbrojeniowe. To zabolało i uświadomiło poziom współzależności różnych gospodarek w obecnym świecie.

Zresztą USA to nie jest jedyna potęga, która przekonuje się, że nie jest tak łatwo grać rolę hegemona, nawet lokalnego, jak to się dzieje obecnie w przypadku Rosji, która dostaje klapsa za klapsem od przecież, wydawałoby się, słabszego przeciwnika. Dzisiejszy atak na Ławrę Peczerską w Kijowie, czyli miejsce mające charakter wyłącznie duchowo-symboliczny, a nie militarny, to wyraz jej wściekłości w obliczu faktu, że tak „nieznaczący” przeciwniki ośmiela się atakować przemysłowe i militarne ośrodki na głębokim zapleczu Rosji i ta nie jest w stanie sobie z tym od miesięcy poradzić.

Mimo że Ukraina i Iran są w odmiennych, przeciwnych sobie obozach politycznych i sojuszach oraz walczą z odmiennych pobudek, to jednak sposób walki z wielokrotnie silniejszym przeciwnikiem ujawnił swoją skuteczność i nie da się tego już ignorować. Tanie, masowo produkowane systemy bezzałogowe uderzające w rafinerie, fabryki zbrojeniowe itd. wyrównują nieco szanse i przede wszystkim podwyższają koszt prowadzenia tego rodzaju eskapad. W obu przypadkach okazało się też, że nie potrzeba rozbudowanej floty, aby zatrzymać okręty wojenne wroga. Utrata kosztownego okrętu w wyniku ataku bezzałogowców i eksplozji min jest kosztowna nie tylko militarnie, ale także psychologicznie. Nie po to społeczeństwa danych krajów się „wykosztowały” na budowę drogich okrętów wojennych, żeby potem tracić je w wyniku ataku dronów za parę tysięcy dolarów.

Podobnie wykorzystanie różnych przewag niemilitarnych (jak właśnie doprowadzenie paraliżu w cieśninie Ormuz) i zaatakowanie krwioobiegu globalnego kapitalizmu, może przynieść podobne efekty. Koszty zaczynają przekraczać potencjalne zyski i o to chodzi stronie broniącej się – doprowadzić do tego, że atak staje się nieopłacalny, nawet jeśli zwycięstwo teoretycznie, na papierze jest możliwe ze względu na różnicę potencjałów przemysłowo-militarnych.

Istnieje szansa, że po tych mniejszych czy większych porażkach „dyscyplinujących wypraw” w stylu neokolonialnym, władcy tego świata uznają, że są zbyt kosztowne i nie dają pewnych wyników do tego stopnia, że porzucą planowanie kolejnych. Przynajmniej na jakiś czas. Zwłaszcza w obliczu zmęczenia ciągłymi wojnami i „operacjami specjalnymi”, które narasta w ich społeczeństwach. Tym bardziej że mamy inne narastające problemy, którymi trzeba pilnie się zająć, a rozpętywanie wojen w celu odwrócenia od nich uwagi to metoda, która w końcu się zużywa.

Xavier Woliński