Czy podcieranie tyłka to praca?

mother putting clothes on her baby Photo by Sarah Chai on Pexels.com

Wrócił trend w „wolnorynkowych” i „nowoczesnych” socialmediach: szczucie na matki z dziećmi, które żyją jak królowe za „osiemsetplusy”.

„Niepracująca matka trójki dzieci w przyszłym roku dostanie od państwa z różnych programów od 3552 do 3866 zł, czyli więcej pieniędzy niż początkujący nauczyciel , urzędnik czy pracownik socjalny za prace. Zliczyłem 3x 800 plus, 1 x rodzinny kapitał opiekuńczy, ulgę na dzieci i świadczenie rodzinne” – napisał pewien bobasek, wyglancowany jak do komunii, w pozie intelektualisty, reklamujący się na Twitterze jako „finansista”.

„Finansista” z nieba oczywiście te sumy wziął. Nie przyjdzie im do głowy, że możne należałoby podnieść pensje pracownikom? Logika to podpowiada, ale u tych pozujących na intelektualistów na fotach rozpieszczonych milusińskich zazwyczaj z logiką nietęgo. Ale, jakby podnieśli, to przecież wówczas by wrzeszczeli, że „znowu na budżetówkę kasę doją z MOICH podatków”.

Zdroworozsądkowe „argumenty” się skończyły, więc zaczęło się klasyczne szczucie. Niespecjalnie oryginalne, bo przecież to jest żywcem wzięte z opowieści amerykańskiej konserwy z czasów Reagana o „welfare queens”. Kobietach, które rzekomo żyją z dzieci na socjalu jak królowe.

A więc z jednej strony kobieta ma być według konserwy obsługującą dzieci i męża maszyną domową, ale jednocześnie powinna iść robić na kasie w Biedronce/Walmarcie (najlepiej siedem dni w tygodniu), bo przecież zajmowanie się trójką dzieci to „nie praca”, a osoba (najczęściej kobieta, choć nie zawsze) zajmująca się dziećmi, czy osobami z niepełnosprawnościami, albo starymi rodzicami robi to „z obowiązku”, a to co robi, to nie jest żadna praca, żaden wysiłek i żadne wsparcie finansowe za tę niewidzialną harówkę się nie należy.

Za to pracą jest bycie „finansistą”, albo „influenserem” wciskającym ludziom na społecznościówkach badziewie. To jest praca, a podcieranie tyłka, to jest przyjemność. Dla tego sortu ludzi wsparcie na opiekę to skandal, ale wrzucenie w koszty konsoli do gier, to jest „optymalizacja podatkowa”.

Pomysł tego rodzaju prawactwa jest prosty. Po co wydawać na przedszkola, albo domy opieki dla seniorów, skoro za darmo zrobi to niewolnica w domu? Zaoszczędzoną gotówkę przeznaczymy na autostrady, żeby takie wypucowane małe kloniki Muska mogły pędzić 200 na godzinę na kolejne spotkanie „biznesowe”. Albo na dotacje dla „małych i średnich przedsiębiorców”. Ponieważ wiadomo, że w tym kraju pracują tylko biznesmeni, a praca opiekuńcza wykonuje się sama. Tak jak bobasowi zawsze magicznie obiad przed nosem się pojawiał, w lodówce zawsze pojawiało się jedzenie, a w szafce czyste ubrania. Ktoś podobno to czarodziejsko zapewniał, ale kto?

Ot, zagadka.

Xavier Woliński