Perypetie pewnej graficzki, czyli biznesikom ciągle mało

gray laptop computer turned on Photo by Pixabay on Pexels.com

Nie ma bardziej roszczeniowych ludzi na świecie niż janusze biznesu. Wczoraj wybuchła na Twitterze afera, na szczęście tym razem w słusznej sprawie.

Otóż graficzka, która zatrudniła się w takim właśnie januszeksie opisała sytuację (bez podawania nazwy firmy): została zwolniona, bo szef kazał wykonywać w drugim dniu pracy tyle wizualizacji ile grafik pracujący od lat w tej firmie. Zwolniona przez Skype oczywiście. Temat poszedł w viral na X/Twitterze i zrobiła się burza. Wielu przypomniały się swoje początki w takich właśnie firemkach. I zaczęły spadać oceny magicznie na GoWorku czy fanpejdżu firmy, którą oczywiście szybko namierzono.

Dodajmy dla kontekstu, że kazano jej pracować w Corelu, bo nie ma januszeksa graficznego bez Corela od 30 lat, jak wiadomo. Powiedzmy sobie, czy to nam się podoba, czy nie, standardem są inne programy graficzne. Dlatego wielu grafików, nawet doświadczonych, żeby pracować w januszeksie, musi najpierw przestawić się z narzędzi, których używa na te, które są „standardem” w firmach typu „byle taniej”. Dla grafika czy graficzki program, w którym tworzy, jest jak trzecia ręka, bardzo trudno się przestawić na coś innego. Wiadomo, że korzystają potem z tego rodzaju monopolu takie korporacje, jak Adobe, ale dla grafika przestawianie się na inne narzędzie pracy byłoby na tyle kosztowne (bo spowalniałoby pracę), że woli płacić za droższe oprogramowanie, które jest standardem w branży.

Ale dla właściciela Januszeksa to jest oczywiście mało istotne, ma być sto procent wydajności. Mimo że graficzka uprzedzała, że musi mieć chwilę na przestawienie się na inny program. To jest oczywista oczywistość dla każdego rozsądnego człowieka. Masz nową osobę w pracy, jasnym jest, że musi się wdrożyć, należy też ją przeszkolić i nie będzie tłuc taśmowo projektów, jak inni, już przyzwyczajeni do roboty w takim kieracie.

I to jest ich postawa: daj, daj, daj. Daj mi wyszkolonego idealnie pod moje potrzeby pracownika (najlepiej pewnie jakbyśmy mieli za to z podatków zapłacić), daj wakacje od ZUS, daj mniejszą składkę zdrowotną niż etatowcy, bo właściciel jest solą tej ziemi, a etatowiec to wiadomo „udaje, że pracuje” i żadne ulgi mu nie przysługują. A pracownik, który przychodzi do niego do firmy, powinien być wdzięczny, że w ogóle został zatrudniony i całować po rączkach dobrodzieja. Przecież on „daje pracę” z łaski, bo całą mógłby zostawić dla siebie i sam wszystko robić.

Z opisu wynika, że inni pracownicy wyglądali na wystraszonych. Jeść można tylko na rozkaz szefa, zwracać się do niego można tylko z uniżonością. Typowe. A ja się zastanawiam, dlaczego ludzie się na to godzą? Ile można dać się poniżać i żyć w ciągłym lęku.

To jest też kwestia tego, że ludzie się nie organizują i dopiero jak dochodzi do takiej sytuacji, szukają wsparcia prawnego, czy organizacyjnego po fakcie. Nie każdy wpis w mediach społecznościowych stanie się viralem. Wówczas warto mieć po swojej stronie organizację pracowniczą, albo choćby nieformalnej grupy wsparcia.

Dzięki brakowi samoorganizacji takie janusze potem żerują na zastraszonych, wyizolowanych, pozbawionych narzędzi kolektywnego oporu jednostkach. Sprawna organizacja daje większą pewność nie tylko w razie konfliktu. Daje większe poczucie bezpieczeństwa. I odwagę, żeby wyrwać się z patologicznej sytuacji.

Państwo, politycy i inni magicy za ludzi tego nie załatwią, ponieważ wyegzekwowanie naszych praw należy do nas.

Xavier Woliński