Czytam, że: „działacze Koalicji Obywatelskiej korzystali ze szpitalnego oddziału ratunkowego Warszawskiego Szpitala Południowego na preferencyjnych warunkach. Byli przyjmowani błyskawicznie, poza kolejką”, informuje Zero pl.
„Polityczni VIP-owie nie musieli czekać na przyjęcie, mieli wykonywany ogrom badań, których przeprowadzenie nie jest standardem w medycynie ratunkowej, a oczekiwanie na wynik mogli sobie umilić w specjalnie wydzielonym dla nich pomieszczeniu. Zamiast siedzieć w poczekalni ze wszystkimi, mogli bowiem korzystać z wygodnego pokoju formalnie należącego do przyszpitalnego Warszawskiego Centrum Chirurgii Kręgosłupa” – napisali na Zero pl.
Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała, że „podjęła z urzędu czynności sprawdzające w sprawie: podejrzenia stworzenia systemu przyjmowania pacjentów w SOR Szpitala Południowego w Warszawie opartego na przesłankach pozamedycznych, sprzecznych z zasadami triażu, co mogło narazić innych pacjentów SOR na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”.
Newsweek natomiast ostrzegł, że „Premier Donald Tusk tym razem naprawdę się wściekł”. Kierownik grzmi, że sprawa ma być „do spodu” wyjaśniona. Ano, musi zostać wyjaśniona i temat dokładnie zbadany, co tam się naprawdę działo. Łaski nie robi. „W sejmowych kuluarach pojawiły się informacje o tym, że rozwiązana może nawet zostać warszawska struktura partii. To byłaby „opcja atomowa”, bo Warszawa to bastion partii” – czytamy w tygodniku.
Tymczasem „do końca tego roku w budżecie NFZ zabraknie 16 mld zł, a w przyszłym luka wzrośnie o kolejne 21 mld zł. Choć Fundusz, według nieopublikowanych dotąd prognoz przychodów, ma dostać 35 mld zł dotacji, to pieniędzy i tak będzie za mało, by utrzymać obecny dostęp do leczenia” – czytam w serwisie Rynek Zdrowia.
Ale o co chodzi? Przecież chyba wszyscy wiedzą, co się dzieje w publicznej ochronie zdrowia, nawet pomijając tę sytuację, która musi zostać dokładnie zbadana. Że są lepsi, ci z dojściami, albo ci, którzy wcześniej zapłacili w prywatnych gabinetach, oraz ci zwykli, którymi można przejmować się nieco mniej.
Ludzie mówią, że grozi nam prywatyzacja ochrony zdrowia. Owszem, nie tylko grozi, ale już jest „podprogowo” od lat realizowana. Ale nie ma być sprywatyzowana w całości. Przecież politycy, ich rodziny i przyjaciele oraz zaprzyjaźnieni biznesmeni nie będą się leczyć za własne pieniądze, jak jacyś biedacy. Publiczna ochrona zdrowia jest dla zarządu, dla pana panie Areczku jest prywatna usługa z „opcją” przyspieszenia kolejki za dodatkową opłatą. Oczywiście wszystko „legalnie”. Powstał system, który pozwala omijać kolejki bez konieczności wręczania oldskulowych kopert pod stołem.
Od 2012 roku kolejki do świadczeń zdrowotnych wydłużyły się (do 2025 r.) dwukrotnie – wynika z opublikowanego w tym roku Barometru Watch Health Care. Zdesperowani ludzie więc często nie czekają, tylko biegną do prywatnych gabinetów, wydając niejednokrotnie ostatnie pieniądze, albo zadłużając się na lata.
Politycy wiedzą o tym od lat. Wiedzieli, jak to działa za poprzednich rządów i doskonale wiedzą jak to działa obecnie. Wszystko tylko twórczo jest rozwijane i doskonalone.
A ci, którzy płaczą teraz, że prawica na prawo od PO dostała prezent. Dostała i dlaczego mieliby tego nie wykorzystać, skoro mają do czynienia z tak niedojdowatymi politykami z ekipy rządzącej? Wystarczyło, zamiast dawać ulgi „branży beauty”, skończyć z prywatno-państwową patologią oraz dziurą w ochronie zdrowia wynikającą ze sposobu jej finansowania. Mogli energicznie się za to zabrać. Gdyby ludzie widzieli, że ten rząd coś realnie w tej sprawie robi, walczy jak lew o nasze zdrowie, to by może potraktowali to jako pojedynczą aferę, tak jakby chcieli to widzieć zwolennicy KO.
Ale po co walczyć, skoro system VIP wszystkim u góry odpowiada? Nie tylko mają szybko i tanio, ale mogą jeszcze poczuć się lepszymi względem plebejuszy.
Xavier Woliński