Władze powiatu sanockiego zgodziły się na przekazanie prowadzenia oddziału kardiologicznego prywatnej firmie w ramach dzierżawy. Powodem ma być zadłużenie placówki na około 220 mln zł i odejścia personelu.
Jak informuje Gazeta Wyborcza, powołując się na zastępcę ordynatora, część lekarzy odeszła z publicznego oddziału do właśnie tego prywatnego podmiotu, który teraz ma przejąć jego prowadzenie. Inni rezygnowali między innymi z powodu zaległości w wypłatach.
– Kiedyś pracowało tu 11 lekarzy. Część odeszła między innymi do Carintu. Kolejne osoby odchodzą z powodów osobistych, ale także dlatego, że nie otrzymywały wynagrodzeń z powodu zadłużenia szpitala. Na oddziale została pani ordynator, ja, dwoje rezydentów i lekarka z Ukrainy bez specjalizacji. Grafik ułożyłem do 21 listopada. Mam już sześć, osiem dyżurów i pewnie będzie ich więcej. Nie da się pracować bez przerwy – powiedział Wojciech Biernikiewicz, zastępca ordynatora oddziału kardiologicznego.
Nic w tym zaskakującego, że publiczny szpital, który nie jest w stanie terminowo płacić pracownikom, traci zdolność zatrzymania personelu. Staje się to jednak uzasadnieniem do przekazania jego działalności prywatnemu operatorowi.
W moim przekonaniu nie jest to normalna sytuacja. Nie tak to powinno wyglądać. Tu pojawia się problem niewydolności całego systemu. Od dawna, nie tylko ja, piszę o tym, że obecny model organizacyjny i sposób finansowania ochrony zdrowia w Polsce doprowadzi do coraz częstszych tego rodzaju sytuacji.
Przykładowo według opublikowanej w kwietniu analizy Związku Powiatów Polskich aż 91 proc. spośród 207 badanych szpitali powiatowych zakończyło 2025 rok stratą na działalności podstawowej. W 125 placówkach występowały przeterminowane zobowiązania. Zdaniem autorów analizy to „świadczy o powszechności problemu i wskazuje, że nie dotyczy on pojedynczych, słabszych jednostek, lecz ma charakter systemowy”.
– Do tej pory kwestia przejęcia kardiologii była tematem plotek, nie było żadnego spotkania z załogą w tej sprawie, więc nie wierzyliśmy, że bez oficjalnej informacji od dyrekcji i zarządu powiatu to dojdzie do skutku. Decyzja podjęta bez wiedzy pracowników jest bardzo nieuczciwa. Dla nas to początek „cichej prywatyzacji” – ocenia w rozmowie z WP abcZdrowie jeden z pracowników szpitala w Sanoku. – Ludzie się boją o pracę, bo nawet jeśli się teraz mówi, że wszyscy będą nadal pracować, to nie wiadomo, na jakich warunkach. Obawiamy się, że będą to znacznie gorsze warunki, bo od osób zatrudnionych w prywatnym podmiocie wiemy, że tam są przede wszystkim kontrakty i umowy-zlecenia, a tutaj ludzie mieli umowy o pracę – zaznacza nasz rozmówca.
– Nie zgadzam się z określeniem, że to jest „cicha prywatyzacja”, chodzi o to, by pacjenci mieli dostęp do świadczeń – twierdzi starosta sanocki Robert Pieszczoch. Zapewnia też, że oddział kardiologii będzie działał w takim wymiarze jak obecnie, nie zostanie zmniejszona liczba łóżek.
Zawsze powtarzam, że celem szpitala jest leczenie, a nie wypracowanie zysku. Wprowadzenie w III RP podejścia biznesowego do ochrony zdrowia powoduje właśnie takie a nie inne skutki. Władze mówią, że w obecnej sytuacji dzierżawa jest sposobem na uniknięcie przerwania możliwości leczenia. Ale dlaczego w ogóle publiczny szpital znalazł się w sytuacji, w której nie potrafi już samodzielnie utrzymać podstawowej działalności? I czy rozwiązanie, które ma go dzisiaj ratować, nie osłabi go jeszcze bardziej w przyszłości?
Wszystko jest postawione na głowie w tym systemie. I jeśli nie zmieni się model organizowania finansowania ochrony zdrowia, będzie jeszcze gorzej, zwłaszcza na poziomie lokalnym, poza wielkimi ośrodkami. Ale kto by się nimi przejmował, prawda?
Xavier Woliński