Prezydent zawetował ustawę o „osobie najbliższej”. Stało się więc to, co było oczywiste, że się stanie.
Nawrocki opowiada bajki o „obronie małżeństwa”, ponieważ jak podkreśla bezustannie „nic, co jest quasi-małżeństwem, nie może liczyć na moje wsparcie”. Krucha jest ta cała instytucja małżeństwa, skoro zagrażają jej pary jednopłciowe. Może by się tak nasza konserwa zainteresowała tym, dlaczego, w czasie gdy wiele par różnopłciowych coraz rzadziej traktuje małżeństwo jako domyślny model życia, to właśnie pary jednopłciowe walczą dziś o prawo do jego zawarcia.
Ten paradoks dostrzegł lata temu konserwatywny premier Wielkiej Brytanii David Cameron, który przeforsował małżeństwa jednopłciowe i to nawet pomimo oporu znacznej części własnej partii. Argumentował, że pary jednopłciowe nie podważają instytucji małżeństwa, lecz potwierdzają wartość trwałego związku, zobowiązania i wzajemnej odpowiedzialności. Dla naszych polskich konserwatystów to jest intelektualnie zbyt trudne do ogarnięcia najwyraźniej.
Ta ustawa, którą tak bohatersko „w obronie rodziny” zawetował prezydent, i tak była ogryzkiem, a część społeczności LGBT uważała, że jest wręcz obraźliwym pseudokompromisem z rządowymi konserwatystami, głównie z PSL. Rzekomo dzięki wpływowi na Nawrockiego mieli uzyskać jego poparcie dla tej wydmuszki. Nie uzyskali.
Oto jak wygądała ta ustawa: brak ochrony dzieci wychowywanych przez pary jednopłciowe, brak ceremonii w urzędzie stanu cywilnego, brak zmiany stanu cywilnego, brak dziedziczenia ustawowego, ogólnie znacznie mniejszy zakres praw niż w małżeństwie lub rzeczywistym związku partnerskim.
Osoby LGBT odesłano do notariusza. Umowa miała być wprawdzie później rejestrowana w USC, ale bez publicznej ceremonii i bez uznania, że jej strony tworzą związek zmieniający ich stan cywilny. Miał powstać swego rodzaju stan oficjalnej hipokryzji, tak jak to mamy w sprawie praw reprodukcyjnych. Strefa szarości, tak lubiana w Polsce.
Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza określiło tę ustawę jako program „Współlokator+”. Dawał garstkę uprawnień, ale tak, żeby to uzasadnić pragmatycznymi argumentami. Robiono jednak wszystko, żeby nie uznać, że dwie osoby tej samej płci mogą się kochać i tworzyć trwały związek emocjonalny.
Ale jak widać to kunktatorstwo nic nie dało, co świadczy o kompletniej klęsce tej strategii ciągłego chodzenia na palcach wokół konserwtystów. Nie chodziło jednak o żadne prawa człowieka, ale po to, żeby utrzymać sztuczną „jedność” koalicji rządowej i nie ujawnić istotnych pęknięć w jej łonie. To by zaszkodziło być może kilku stołkom, ale przynajmniej postawiłoby sprawę jasno gdzie leży linia podziału. A ona nie biegnie w tak prostacki sposób jak próbują to niektórzy przedstawiać, czyli pomiędzy opozycyjną prawicą i koalicją rządową. Ponieważ ten podział głęboko tkwi w samej koalicji. Maskowanie tego blokuje możliwość wyłonienia się lewicowej narracji i polityki. Nie tylko w tej kwestii, ale w większości innych spraw. Słowem trzeba było przygotować porządną ustawę i powiedzeć: sprawdzam. Wówczas wszystko stałoby się jasne, kto gdzie stoi, skoro i tak żadna zmiana nie miała szans przejść z powodu blokady prezydenta.
Następuje ciągłe przycinanie ambicji lewicowych w imię dogadzania gustom skrajnie konsertwatywnej w większości klasy politycznej w Polsce. Na pewno nie w imię reprezentacji poglądów większości osób w Polsce, bo opinia publiczna od dawna jest przesunięta o wiele bardziej na lewo w wielu sprawach niż klasa polityczna i spora część publicystyki.
Ale skoro nie może wyłonić się lewicowa opowieść o świecie, to będziemy skazani na błądzenie w mrokach coraz bardziej agresywnego konserwatyzmu i w tej sprawie i w sprawach gospodarczych. Powstał totalny klincz.
Trzeba w końcu trochę odwagi i przedstawić pełny projekt. A potem zmusić koalicjantów do jawnego głosowania i zacząć budować większość wokół własnej opowieści. Ktoś w końcu musi walnąć w stół.
Xavier Woliński