Przez ostatnich kilka dni miałem okazję obserwować funkcjonowanie ochrony zdrowia z perspektywy szpitalnego łóżka. To ciekawe doświadczenie dla kogoś kto od zawsze broni publicznego systemu.
Jeszcze bardziej przekonuje mnie to do jego obrony. Nie mam wątpliwości, że bez niego bym nie przetrwał i dołączył do licznego grona przodków i przodkiń, które umarły przedwcześnie, ponieważ nie było ich stać na leczenie.
Nie mam zamiaru narzekać. Opieka była wspaniała, jedzenie wegetariańskie nie tylko zapewnione, ale bardzo smaczne. Żadnych sensacyjnych wpisów jak to mnie prawie zagłodzili tu nie będzie. Choć, że przez jakiś czas głodzili, to prawda, ale z powodu wymogów medycznych, a nie organizacyjnych.
Pracuje tam mnóstwo oddanych swoich pracy ludzi. Wiedziałem to wcześniej, a teraz mam tylko więcej na to dowodów. Cieszę się, że brałem udział i przez lata nagłaśniałem protesty w obronie pracowników ochrony zdrowia. Zwłaszcza szeregowych, z którymi pacjent ma najczęstszy kontakt i od których bywa całkowicie zależny, a których pracy nadal nie wycenia się często w hierarchii szpitalnej odpowiednio.
Dodatkowo, tak jak podejrzewałem, system by prawdopodobnie nie przetrwał, gdyby nie praca migrantów, u nas zwłaszcza z krajów na wschodzie. Niesamowicie życzliwi i pomocni ludzie. Tym bardziej leżąc myślałem, jak czuje się np. Siergiej, który na zamianie wymienia Polakom wytrwale tzw. „kaczki” (ale nie tylko to, bo i pogada i zapyta czy czegoś nie brakuje i pocieszy i rozśmieszy), a po wyjściu z ciężkiej roboty słyszy w kolejce czy na ulicy, też od Polaków, że ma „wracać do siebie”. On jest u siebie i ciężko na to pracuje, żeby być. A gadają tak często typy, których praca nawet w 10 procentach nie jest tak istotna społecznie, jak trudna robota Siergieja.
To nie znaczy, że migranci pracowali wyłącznie na najniższych stanowiskach, żeby nie tworzyć stereotypów. Byli obecni w różnych miejscach struktury, ale ewidentnie im mniej „wdzięczna” praca tym było ich więcej.
W tym sensie jesteśmy już w ramach zachodniego systemu opieki zdrowotnej, która by się zawaliła od fundamentów bez migrantów, w tym także od dziesięcioleci migrantów z Polski. Tak jest, czy się to komuś podoba czy nie. Natomiast pobyt w szpitalu dla ksenofoba obecnie to niewątpliwie dodatkowe wyzwanie.
Co do mnie to dochodzę do siebie. Jestem pooperacyjnie poobijany jeszcze, ale już jest lepiej. Nie lubię mieszać za bardzo prywaty z działalnością publiczną, ale uznałem, że są wyjątki. Nie wiem jeszcze na ile będę miał siłę i jasny umysł, żeby pisać dużo w najbliższym czasie. Ale żyję i pewnie jeszcze pożyję.
Xavier Woliński