Antywspólnotowy konserwatyzm w natarciu

Sgraffito na jednym z wrocławskich budynków z okresu nazistowskiego. Przedstawia kult "ludowości" i powrót do "konserwatywnego życia wiejskiego". Fot. Wolnelewo

Uwielbiam te momenty, kiedy wrzucę raz na jakiś czas tekst o prawach osób LGBT (a konkretnie, że niemiłościwie panująca KO ma ich gdzieś), i niemal natychmiast musi się pojawić komentarz prawaków, jakto „LeWaCtwO olewa pracowników na rzecz LGBT!!!11”.

A ten wpis stoi pomiędzy linkiem do mojego wywiadu ze związkowcem z lewicowego związku zawodowego o pracy platformowej oraz filmikiem o proteście baristów walczących o wypłatę zaległych wynagrodzeń, zorganizowanym naturalnie przez lewicowe organizacje. Oczywiście, jeśli wejdzie się na profil delikwenta w 99 procentach przypadków, nie znajdziemy tam żadnych informacji o walkach pracowniczych, w których brał udział, albo które popiera, ale o jakichś prawicowych obsesjach w rodzaju aborcji, migracji, demografii („teoria wielkiej podmiany” lewaku, mówi ci to coś?), ewentualnie 5G, szczepionki i inne pierdoły.

Oni te bajki potrafią produkować bez żenady i zawsze się na to ktoś złapie. Palcem nie kiwnęli w życiu w kwestiach pracowniczych, strajku nie widzieli na oczy, nie mówiąc o uczestnictwie, czy organizacji. Żadnej skutecznej kampanii społecznej na rzecz klasy pracującej nie zrobili, ale mianowali się samozwańczymi „obrońcami ludu”. Ponieważ od czasów niepamiętnych na prawicy obecna jest fantazja, że „lud” jest nośnikiem wartości konserwatywnych i ultraprawicowych (do tego stopnia, że niektóre skrajnie prawicowe organizacje uważały, że należy zniszczyć przemysł i przywrócić społeczeństwo rolnicze). Taka fantazja miejskiej konserwy, głoszona w różnych periodykach na przestrzeni dziejów.

Realne działanie społeczne na rzecz swojego otoczenia, pracowników, lokatorów, wyklętego ludu ziemi to już inna para kaloszy. Co innego głosić pochwałę „ludu” w internetach, wypielęgnowanymi paluszkami, a co innego „zbrukać” je realną robotą w zakładach pracy, czy na brudnych klatkach schodowych.

Ktoś tylko w internetach może być zaskoczony, że ktoś prawa człowieka traktuje całościowo. Albo bronimy wszystkich opresjonowanych, kiedy prawa są łamane, albo nie ma sensu bronić kogokolwiek. W końcu z mojej perspektywy każdy poza mną i najbliższymi osobami jest „obcy”. Stąd też prawicowe wizje, że należy bronić tylko „swoich” niemal zawsze prowadzą do atomizacji. Wszak ostatecznie „swoim” okazuje się wyłącznie ten, kogo znam osobiście, a więc członek „klanu”, względnie osiedla. A ostatecznie wyłącznie ja sam. Dlatego nie wierzę w żaden „wspólnotowy konserwatyzm”. Zazwyczaj kończy się w praktyce zbieraniną jednostek, względnie atomowych rodzin osamotnionych w obliczu z natury konserwatywnej machiny państwowej. Modelową realizacją tego są właśnie kraje takie jak Polska, czy szerzej kraje Europy Wschodniej, gdzie dominuje od lat konserwatyzm.

Xavier Woliński