Kandydat PiS na premiera, „ma pomysła” na rozwiązanie jednocześnie problemu mieszkaniowego i demograficznego. Geniusz.
Na pytanie młodej osoby na spotkaniu z mieszkańcami Piotrkowa Trybunalskiego, jaki ma „plan na rozwiązanie obecnej polityki mieszkaniowej, bo wedle danych Eurostatu mamy najszybciej drożejące mieszkania w Europie?” I zaczął się umoralniający wykład.
„Chcę powiedzieć rzecz, która powinna być pierwsza: to nie mieszkania o tym decydują. Kochani, to nie mieszkania. Tłumaczmy naszym dzieciom, naszej młodzieży: zakładajcie rodziny, nie czekajcie na to, co będzie, tylko zakładajcie rodziny. Bez rodzin nie przeżyjecie, choćbyście mieli sześć mieszkań. Naprawdę nie odkładajcie tego w czasie. (…) Nie możemy dalej w naszych domach, a wiem, bo i w naszych też jest podobnie, mówię nie tylko moim, także wszystkich moich najbliższych krewnych: jeszcze nie teraz, skończ studia, wykształć się, zwiedź świat, zarób pieniądze, kup mieszkanie, wtedy założysz rodzinę. Wtedy to masz 40 parę lat i jest po sprawie. I niestety to nasze tłumaczenie, mocno egoistyczne, gdzieś przedarło się do umysłów naszej młodzieży z naszej winy. Patrzę także na siebie (…)
To jest kwestia przede wszystkim kulturowa, a nie materialna. Popatrzcie państwo na siebie, a ja spojrzę na siebie. Gdyby nasi rodzice, nasi dziadkowie czy pradziadkowie odkładali decyzję o założeniu rodzin i urodzeniu nas, bo nie mają mieszkania, bo nie mają stałej pracy, to prawie nikogo by tutaj na tej sali nie było”.
Nie chcę tu wchodzić w jałowe w dużym stopniu dyskusje na temat tego, czy kwestie kulturowe czy kwestie gospodarcze przeważają w decyzji o posiadaniu dziecka. W moim przekonaniu to jest bezsensowny spór, bo obie te kwestie wzajemnie na siebie wpływają. Natomiast indywidualizacja i nadmierna „kulturyzacja” problemu to typowa prawicowa żonglerka argumentami, żeby zawsze skończyło się na tym, że to twoja indywidualna „wina”, a nie problem systemowy, strukturalny. Z jakiegoś powodu dzietność osób, które wyemigrowały, jest jednak wyższa, niż tych, które zostały w kraju (nie tak gigantyczna, jak twierdzono, ale nadal zauważalnie wyższa).
Tak czy owak, Czarnek, człowiek obecnie zamożny, dzięki politycznym zasobom ma zupełnie inną sytuację obecnie niż niezamożna osoba z miasta powiatowego. Ta skrzywiona perspektywa wychodzi na wierzch, kiedy mówi o „sześciu mieszkaniach”. Człowieku, zwykli ludzie marzą o jednym, żeby mieć stabilne miejsce do życia. Czarnek od razu wskoczył w fantazje konserwatywnej frakcji klasy średniej, wśród której obecnie głównie się obraca, o tym, że „młodym się w tyłkach poprzewracało” i dlatego nie chcą się rozmnażać.
Nie da się też porównać obecnej sytuacji z sytuacją poprzednich pokoleń. Dziadkowie i rodzice dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków często funkcjonowali w epoce państwowych programów odbudowy, masowego budownictwa z wielkiej płyty, zakładowych przydziałów mieszkaniowych czy silniejszych struktur wspólnotowych. Obecne pokolenie jest zostawione samo sobie na bezwzględnym rynku mieszkaniowym. Taki los poprzednie pokolenia (albo elity tych pokoleń, dotyczy to też Czarnka) doprowadziły do takiej, a nie innej sytuacji realizując masową prywatyzację zasobów mieszkaniowych. Co zawsze kończy się tym samym, czyli drożyzną i ograniczeniem dostępności przystępnych cenowo mieszkań.
Tego rodzaju moralizowanie jest obrzydliwe. Jakby III RP stworzyła faktycznie dobre, stabilne warunki rozwoju to byśmy mogli dyskutować, a zaoferowała rosnąca sferę uśmieciowienia pracy, deregulację rynku mieszkaniowego i poczucie ogólnej niestabilności, jeśli chodzi o wizję swojej przyszłości, co utrudnia jakiekolwiek odpowiedzialne planowanie.
Czarnek coś tam na marginesie wspomniał, że „jednym z kierunków bez wątpienia jest kwestia zmiany sposobu udzielania kredytów mieszkaniowych”. Niech oni już się od kredytów trzymają z daleka, bo ich poprzednie pomysły, w rodzaju programy „Bezpieczny Kredyt 2%” doprowadziły do olbrzymiego wzrostu cen mieszkań. A Mieszkanie Plus i związany z tym „najem instytucjonalny” doprowadził głównie do rozwodnienia praw lokatorskich. Ich programy mieszkaniowe to była kompletna katastrofa z perspektywy osób niezamożnych (bo akurat zamożni, w tym politycy, także PiS-owscy, z „sześcioma mieszkaniami plus” kosili kasę ze wzrostu wartości mieszkań, aż się uszy trzęsły).
Tej gigantycznej przepaści nie zasypały żadne wzrosty płac minimalnych i 500 plus, bo teraz wchodzimy przede wszystkim w okres nierówności majątkowych, a nie wyłącznie zarobkowych. A to majątkowe kształtują przede wszystkim relacje klasowe na dziesięciolecia, a czasem na stulecia.
Xavier Woliński