Elity III RP zakładają, że im jesteś zamożniejszy tym jest ci trudniej w życiu, dlatego ruszył wyścig, żeby ulżyć osobom o dochodzie przekraczającym 120 tys. zł rocznie. Dodatkowo, dalsza libkizacja PiS postępuje w tej materii.
Niedawno rząd ogłosił propozycję podniesienia pierwszego progu podatkowego ze 120 do 130 tys. zł rocznego dochodu oraz wprowadzenie stawki 24 proc. dla części dochodu między 130 a 150 tys. zł. Nadwyżka ponad 150 tys. zł byłaby nadal opodatkowana stawką 32 proc.
Słysząc to PiS postanowił przebić ofertę i ogłosił propozycję podniesienia pierwszego progu podatkowego ze 120 do 180 tys. zł rocznego dochodu przy pozostawieniu obecnych stawek PIT. Dochód do 180 tys. zł byłby więc opodatkowany stawką 12 proc., a dopiero nadwyżka ponad tę kwotę stawką 32 proc. Projekt nie przewiduje stawki pośredniej.
Pracownik otrzymujący medianę wynagrodzeń, około 7,7 tys. zł brutto, nie zyska ani złotówki. Nie zyska nawet ktoś zarabiający 10 czy 11 tys. zł brutto. Ale ludzie usłyszą przekaz, że „POPiS obniża podatki pracownikom”. Ludzie rzadko zaś wchodzą w niuanse, komu konkretnie obniża. A obniżają głównie swoim kolegom i koleżankom z ich klasy społecznej.
Ale w Polsce zawsze wygląda to na zażartą walkę o to kto da najlepszy prezent dla najlepiej zarabiających pracowników i nie nazywa się tego „populizmem”. Przy czym propozycja rządowa przynajmniej mówi, komu zabierze i jak się okazuje, tym razem wcale nie najbiedniejszym. W propozycji znajduje się bowiem podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla największych przedsiębiorstw i podatkowych grup kapitałowych, podniesienie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. od dochodu przekraczającego milion złotych, ograniczenie możliwości korzystania z ryczałtu przez przedsiębiorców o bardzo wysokich przychodach.
To oczywiście propozycje, więc trzeba bardzo skrupulatnie pilnować, co tam będą próbowali wyjąć. Ale tendencja jest dość jasna, to ma być forma redystrybucji od największych przedsiębiorstw i osób osiągających najwyższe dochody o jeden szczebelek drabiny w dół, czyli do najlepiej zarabiających pracowników. Niemniej jednak jest to propozycja przynajmniej do jakiegoś poważniejszego rozważenia, choć moim zdaniem to nie jest priorytet obecnie, żeby dawać ulgi tym, którzy nieźle sobie radzą. Zawsze słyszałem od KO i spółki, że „pomagać trzeba tylko najbardziej potrzebującym”. Ktoś mający dochód na poziomie 120 tysięcy nie jest taką osobą na mój gust.
Żeby też była jasność, ktoś kto zarabia na etacie np. 15 tysięcy nie jest „bogaczem”, który powinien być głównym celem krytyki lewicowej, ale trudno powiedzieć, żeby był „najbardziej potrzebujący”.
W propozycji PiS już nie znalazłem wskazania komu chcą zabrać. Chodzi o rozdawnictwo po prostu zamożniejszym podatnikom rozliczającym się według skali, bez zabrania jednocześnie wielkim firmom. Kompletna tragedia. Tatusie z PiS próbują ścigać się ze swoimi dziećmi i wnukami z Konfederacji. Żałosne i prowadzi nas prosto na dno.
Oczywiście żadna partia nawet nie stęknie, czy by przy okazji np. nie wprowadzić jakiejś formy zwrotnej ulgi podatkowej dla tych, którzy w ogóle z żadnych kolejnych ulg nie korzystają albo w niedużym stopniu. Jeśli przysługuje im np. 3000 ulgi rocznie, to jeśli wykorzysta z niej tylko 500 zł, powinien dostać 2500 zł zwrotu. To nie jest rozwiązanie idealne, nie jest nawet szczególnie lewicowe, ale przynajmniej mogliby mówić, że w tej zabawie nie chodzi tylko o to, żeby zrobić dobrze zamożnym.
Xavier Woliński
Niezależna publicystyka wymaga wsparcia społeczności, by mogła pozostać otwarta dla wszystkich i bez paywalli.
Jeśli cenisz moją pracę, dołącz do grona osób, dzięki którym powstaje.