Były mąż domagał się przy podziale aż 90 proc. wspólnego majątku. Uważał, że skoro zarabiał znacznie więcej niż żona, to i więcej mu się należy. Była żona zajmowała się domem i dziećmi oraz dodatkowo pracowała jako sprzedawczyni.
Mężczyzna przegrał w obu instancjach, ale był tak zdeterminowany, że wniósł skargę kasacyjną. Sąd Najwyższy w postanowieniu z 14 lipca 2026 r. odmówił jej przyjęcia. Warto w takich sytuacjach przeczytać Kodeks rodzinny i opiekuńczy, gdzie wyraźnie jest napisane w art. 43, że „przy ocenie, w jakim stopniu każdy z małżonków przyczynił się do powstania majątku wspólnego, uwzględnia się także nakład osobistej pracy przy wychowaniu dzieci i we wspólnym gospodarstwie domowym”. Sama różnica zarobków nie wystarcza do ustalenia nierównych udziałów: konieczne są także ważne powody uzasadniające odstąpienie od zasady równości.
Koniec końców pozostało w mocy rozstrzygnięcie o równych udziałach. Nie jest to zaskakujące dla osób zaznajomionych z tematem. Natomiast, to co mnie zaciekawiło, to argumentacja, która coraz częściej się pojawia przy tego typu sprawach.
„Uzasadnienie tej zasady wynika z modelu podziału ról w gospodarstwie domowym, w którym praca zarobkowa jednego małżonka bywa możliwa właśnie dzięki nieodpłatnej pracy drugiego. Ustawodawca nie chciał premiować wyłącznie tej strony, która przynosiła do domu wynagrodzenie, bo wartość pracy w domu czy opieki nad dziećmi nie ma bezpośredniego przełożenia na kwoty widoczne na koncie bankowym” – czytamy na stronie kancelarii Śmiałkowski i Wspólnicy.
– To ważne, bo pensja pojawia się co miesiąc na wyciągu, praca w domu staje się widoczna dopiero wtedy, gdy przestaje być wykonywana. Skala tej niewidzialnej gospodarki jest zresztą policzalna: według Międzynarodowej Organizacji Pracy kobiety wykonują 76,2 procent nieodpłatnej pracy opiekuńczej na świecie, ponad trzykrotnie więcej niż mężczyźni, a wyceniona choćby według płacy minimalnej praca ta byłaby warta 9 procent światowego PKB, czyli około 11 bilionów dolarów – mówi z kolei w dzisiejszej Gazecie Wyborczej mecenas Robert Nogacki, radca prawny, partner zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec.
Dla uważnej czytelniczki inspiracje są dość oczywiste. Oto świadomie czy nie, argumentacja z kręgów ekonomii feministycznej przeniknęła do języka praktyki prawniczej. Nic w tym zaskakującego, ten sposób analizy dość dobrze ujawnia realną sytuację i daje narzędzia opisu. Jeśli ktoś nie wie o czym mowa, zachęcam do przeczytania choćby „Wages Against Housework” Silvii Federici. To tak zupełnie na początek, bo od czasu opublikowania tego tekstu literatura popularna i naukowa bardzo się rozrosła.
Oburzonym mężczyznom przypominam, że działa to w obie strony. Jeśli zarabia mniej mężczyzna, bo np. więcej zajmuje się domem, to także jego dotyczą te przepisy. Co prawda to jest wciąż mniejszość przypadków, ale nie można opowiadać bzdur, że tego rodzaju zapisy są jednostronne. Jeśli facet uważa, że praca domowa to „leżenie i obijanie się” może przecież tego sam spróbować.
W Wyborczej pojawia się też jeszcze jeden ciekawy głos: – Gdyby rzeczywiście wycenić opiekę, prowadzenie domu i – co równie ważne – trwałą utratę własnej zdolności zarobkowej i emerytury (co też jest bardzo indywidualne i tak winno być oceniane), w znacznej części polskich małżeństw wkład tej osoby przekroczyłby połowę. Kilkanaście lat opieki policzonych stawkami rynkowymi to kwota, która bije oszczędności przeciętnie zarabiającego małżonka. Uczciwie jednak dodam, że metoda, którą postuluję, działa w obie strony: bywałyby sprawy, w których z wyceny wyszłoby mniej niż połowa. Na tym właśnie polega ważenie wkładów – mówi Tomasz Prokurat, radca prawny, z kancelarii LITIGATO Pławiak Prokurat Karcz.
Niektórzy prawnicy mogą nawet nie wiedzieć skąd to się wzięło, albo nawet odcinać się od „feminizmu”, ale to nie ma znaczenia. Analiza z zakresu ekonomii feministycznej powoli już się zakorzenia w szerszym dyskursie. Tej siły już nie powstrzymacie.
Teraz trzeba wykonać z powrotem krok ze świata prawa w kierunku ekonomii. Czyli zacząć opłacać tę nieodpłatną pracę z funduszy publicznych, tak żeby ta społecznie istotnie praca wreszcie została uznana oraz uniezależniła zajmujące się nią osoby od humorów współmałżonków.
Xavier Woliński
Niezależna publicystyka wymaga wsparcia społeczności, by mogła pozostać otwarta dla wszystkich i bez paywalli.
Jeśli cenisz moją pracę, dołącz do grona osób, dzięki którym powstaje.